Złote runo

Niemcy opuszczając Archipelag mieli ukrywać swoje najcenniejsze rzeczy. Zakopywać je gdzieś w „pewnym miejscu”, wywozić na wyspy leżące na Zalewie Szczecińskim, czy chować w  zakamarkach domowej piwnicy. Oddział SS stacjonujący na Wsypie Chrząszczewskiej bronił jej przez trzy miesiące. Dlaczego? Co tam ukrywali? Podobne historie rozpalały wyobraźnie przybyszów, którzy wyruszali na poszukiwania skarbów. Przy  pomocy drąga z długim szpikulcem przeszukiwano ziemię, przeczesywano piwnice domostw czy podziemia pałacu Apenburg. Co jakiś czas wyławiano coś z wody. Często znajdowano rzeczy drogocenne, co skłaniało do dalszych poszukiwań. Mit o poniemieckim złotym runie pobudzał wyobraźnię Wyspiarzy przez wiele dziesięcioleci.

Czytaj więcej…


Nie ma wątpliwości, że osadnicy znaleźli na Archipelagu wiele skarbów. Bo czym innym były dla nieposiadających wiele przybyszów murowane domy, działające piece, sprzęt potrzebny do gospodarzenia czy połowu ryb, oraz wiele innych przedmiotów niezbędnych do życia. Niemcy opuszczali swe domy w pośpiechu, nie mogąc zabrać ze sobą zbyt wiele. Podobno często robili to w przeświadczeniu, że niedługo los się odmieni i powrócą do swych domów.

Osadnicy wierzyli, że najcenniejsze rzeczy, których Niemcy nie mogli lub bali się zabrać ze sobą, zostały gdzieś skrzętnie ukryte. Tak zrodził się mit o wywożeniu prywatnych skarbów na wyspy na Zalewie Szczecińskim. Gdzie indziej mówiono o podwójnych ścianach i ukrytych pomieszczeniach w piwnicach, przekopywano ogródki i sady. Przez kilkadziesiąt lat wyobraźnię pobudzały ruiny, a zwłaszcza ogromne podziemia pałacu von Appenburg, znajdującego się między Mokrzycą, a Sułominem. Pamiętająca średniowieczne czasy budowla musi kryć jakieś skarby – myślano. Swoją legendę posiadała też znajdująca się na Dziwnie Wyspa Chrząszczewska. Stacjonujący tam oddział SS miał bornić się – z niezrozumiałych bliżej powodów – aż trzy miesiące. Co starano się wywieźć z wyspy? A może dobrze na niej ukryć?


Szabrownik lub powojenny poszukiwacz skarbów

W tamtych czasach nie było mowy o wykrywaczu metali. Posługiwano się długim szpikulcem na drągu, którym przeszukiwano ziemię. Obraz mężczyzn penetrujących w ten sposób okolice zapadł w pamięć wielu naszym rozmówcom. Przez wiele lat pływano na wyspy z nadzieją na odnalezienie tam skrzyni z cenną zastawą, a może nawet złotem. Dokładnie przeszukiwano też wszelkie piwnice. Być może z tej przyczyny z imponujących niegdyś podziemi pałacu von Appenburg tak niewiele zostało. Przeszukane, z wyburzonymi ścianami, uległy zawaleniu.

Od czasu do czasu znajdywano co cenniejsze przedmioty. Często były to właśnie drogie zastawy kuchenne, czy srebrne sztućce. Jak opowiadała nam jedna z mieszkanek Międzywodzia:

Szabrownicy tutaj byli, każdy czegoś szukał na własną rękę. Chodzili z różnymi szpikulcami, piwnice rozkopywali, szukali. Ale często znajdowali tylko pościel, słoiki, raczej złota nie było. Ogromny szaber odkryli pod jedną restauracją. Tam były sztućce różne. Dwoma samochodami to wywozili.

Prawdziwy skarb znalazł w latach pięćdziesiątych mieszkaniec Lubina. Nie pozostawili go jednak opuszczający miejscowość Niemcy, lecz… Wikingowie lub wędrowni arabscy kupcy. Na swojej działce odkrył on ponad 100 dirham, czyli arabskich monet z końca X w. To w tym właśnie miejscu znajdował się wczesnośredniowieczny słowiański gród strzegący wyspy Wolin  (obecnie miejsce można zwiedzać rozkoszując się przepięknym widokiem).


Obraz mężczyzn penetrujących w ten sposób okolice zapadł w pamięć wielu naszym rozmówcom.

W latach pięćdziesiątych głośno zrobiło się natomiast o pewnym pastuchu z okolic Wolina. Na pobliskim półwyspie Rów wypasał on krowy. Pewnego dnia postanowił kupić dom, stał się zamożnym człowiekiem. Odpowiednie służby zainteresowały się tak nagłym przypływem gotówki u hodowcy bydła. Urzędnicy dociekali skąd pastuch miał pieniądze na zakup domu. A pokażę wam skąd! – odpowiedział nowy bogacz. Zabrał zainteresowanych na Rów i w krótkim czasie zebrał nieco złotych przedmiotów. Jak się okazało, zbierał je tak przez kilka lat. Płynąca obok Dziwna wyrzucała co jakiś czas kosztowności na te łąki. Były to przedmioty należące do Niemców, których barki zatopiono w momencie ucieczki z wyspy Wolin. Kilkanaście lat później tragedia uciekających spowodowała, że wypas krów stał się niezwykle intratnym zajęciem.

Takie i pomniejsze historie rozpalały wyobraźnie mieszkańców Archipelagu przez wiele, wiele lat. Najpierw ze szpikulcem, potem z wykrywaczem metalu, urządzali wyprawy do lasu, a także na wyspy przy Starej Świnie. Każda z nich mogła być wyprawą po złote runo, poszczęściło się jednak niewielu.

Powrót do listy opowieści