Zasiedlanie Atlantydy

Tragedia wojny zmieniła charakter Archipelagu nie tylko pod względem narodowościowym, ale i gospodarczym, a może nawet cywilizacyjnym. Przed wojną wiele miejscowości na wyspach prezentowało się zupełnie inaczej, niż kilka lat po jej zakończeniu. W wielu przypadkach nie było to wynikiem zniszczeń wojennych. Osadnicy zastawali nowoczesną infrastrukturę, która w nowej rzeczywistości okazywała się bezużyteczna. Dlatego wykorzystywali oni zastałe budynki i sprzęt do swoich bieżących potrzeb, często niezwiązanych z ich pierwotnym przeznaczeniem. Przykład tego zjawiska dostrzegalny jest w Lubinie – obecnej wsi, a przed wojną  istotnego obszaru przemysłowego. Znajdowała się tu jedna z największych w Europie cementowni i obsługujący ją port. Przedsiębiorstwo zatrudniało około 800 osób, a miejscowość tętniła życiem. Ta cywilizacja jednak zniknęła, a na jej gruzach trzeba było zbudować nową.

Czytaj więcej…


Wyobraź sobie, że przybywasz z niewielką ilością własnych rzeczy do nowego świata, który ma być twoim domem. Poprzedni dom zostawiłeś gdzieś daleko. Przyjeżdżasz do miejscowości wyposażonej w dobre drogi, na około stoją imponujące budowle, a nowoczesne zakłady produkcyjne wykorzystują urządzenia, których nigdy wcześniej nie widziałeś. Ludzi już tam prawie nie ma. Zaledwie kilku dawnych mieszkańców i kilka rodzin osadników, takich jak ty. Ten nowy świat imponuje, ty jednak przede wszystkim musisz martwić się o siebie i własną rodzinę. Zadbać o jedzenie, stworzyć warunki pracy i dalej budować tu nową rzeczywistość. Brzmi jak scenariusz gry komputerowej? A właśnie w takiej sytuacji znaleźli się osadnicy, którzy przybyli na Archipelag.

Pierwsi osadnicy, którzy przybyli do Lubina na wyspie Wolin, byli pod wrażeniem rozwoju cywilizacyjnego tej miejscowości. Opowiada Pani Wenata z Lubina:

Przed wojną to było takie El Dorado gdzie nawet zza granicy przyjeżdżali i tu pracowali. Wszystkie pomieszczenia, nawet strychy, były załadowane ludźmi, którzy tu pracowali. Był hotel, dom handlowy i sklep kolonialny z własną palarnią kawy. Było też kasyno z piękną sceną, a na przeciwko przepiękny park z alejkami, pomnikami, ławeczkami i takim asymetrycznym jeziorkiem. My jeszcze z tego korzystaliśmy, a potem to wszystko zniszczało.

Szczeciński przedsiębiorca i filantrop, Johannes Quistrop, w 1855 r. założył w Lubinie cementownie. Warunki były idealne – w sąsiedniej Wapnicy znajdowały się złoża wapnia, natomiast fabrykę zbudowano bezpośrednio przy brzegu Zalewu Szczecińskiego. Obok niej powstał port, dzięki czemu wytworzony cement od razu spławiano barkami do Szczecina. Przedsiębiorstwo rozwijało się bardzo szybko i wkrótce stało się jedną z największych cementowni w Europie. W szczytowym okresie w firmie zatrudniano około 800 pracowników. Lubin stał się pełnym życia miasteczkiem, z własną szkołą – również ufundowaną przez Quistropa, zakładami rzemieślniczymi, dwoma  rzeźnikami i piekarnią. Johanes Quistrop zaangażował się w opieką socjalną nad pracownikami cementowni. W tamtych czasach było to novum! Przedsiębiorca utworzył też dom dla wdów po zmarłych pracownikach.


Dawny park zdrojowy w Lubinie

W pierwszych miesiącach po wojnie lubińska cementownia nadal działała. W niedługim czasie została jednak rozebrana, a fabryczny sprzęt wywieziono do ZSRR, podobno do Briańska. Wielkie kominy cementowni wysadzono, gruzowisko wykorzystał potem Andrzej Wajda, jako plener do kilku scen słynnego filmu „Kanał”. Obecnie trudno dopatrzeć się śladów po owym przepięknym parku, o którym wspominała Pani Wenata, pozostał jedynie zarys asymetrycznego jeziorka. Siedziba Johannesa Quistropa z upływem lat również zamieniła się w ruinę.


Ruiny cementowni w Lubinie

Widocznym symbolem przeszłości jest fragment wiaduktu kolejki wagonikowej, którą przewożono wapń z wyrobiska w Wapnicy do cementowani. Wiadukt ten jest obecnie swoistą brama do Lubina. Kilkaset metrów za nim, po lewej stronie, znajduje się płot dawnego ośrodka PTTK, obecnie prywatnego domu wczasowego. Do budowy ogrodzenia wykorzystano szyny owej kolejki. Warto przyjrzeć się tym nietypowym śladom przeszłości.

Kataklizm II wojny światowej zmiótł tę część niemieckiej cywilizacji. Co prawda Lubin nie został fizycznie zniszczony, jednak powojenne ustalenia zmieniły mapę Europy, co spowodowało, że miejscowość musieli opuścić ludzie, którzy tę cywilizację tworzyli. Na ich miejsce przybyli polscy osadnicy, przywożąc własne doświadczenia i obyczaje. Poza tym, nie przywieźli prawie nic, więc musieli budować swój świat dzięki temu, co zastali na miejscu.


Przedwojenna fotografia fabryki cementu w Lubinie

Rozwój cywilizacyjny Archipelagu, jak i piękno wielu miejsc, na pewno robiły na nich wrażenie. Jakie miało to jednak znaczenie w sytuacji, w której doskwierało im zimno, głód i lęk przed nową rzeczywistością? Ich losy można porównać do próby zasiedlania Atlantydy lub Pompei  tuż po apokalipsie. Cywilizacja na gruzach, której Polacy budowali swój nowy świat prawdopodobnie zachwycała, ale nie było to wtedy  najważniejsze. To co mieli oni pod ręką potrzebne było do realizacji najbardziej podstawowych potrzeb, trudno było im myśleć o dalekiej przyszłości.

O tym jak bardzo zmienił się Lubin już w pierwszych latach po wojnie najlepiej świadczą słowa Pani Jadwigi, która przybyła tam w 1949 r. Zapytana co zapamiętała z momentu gdy pierwszy raz zobaczyła wioskę, która miała stać się jej nowym domem odparła:

Pamiętam… pustkowie, nic nie ma, dzicz!

Nie można mieć pretensji do ówczesnych osadników – tych, którzy przyjechali by faktycznie żyć w nowym świecie, a  nie tylko wykorzystać go do cna – że nie zadbali o dobra niemieckiej kultury. Zasiedlanie Atlantydy to nie taka prosta sprawa, a najważniejsza jest przecież troska o własny byt.

Powrót do listy opowieści