W sieci relacji

Powojenne rybołówstwo nad Zalewem Szczecińskim

Wstęp

Wystawa opowiada o społecznej i kulturowej roli powojennego rybołówstwa w regionie Zalewu Szczecińskiego. Obszar ten został przyłączony do Polski w 1945 r., w ramach zmian granic po drugiej wojnie światowej. Wcześniej, przez prawie trzy stulecia tereny te należały do Niemiec. Zasiedlanie regionu przez polskich osadników było niezwykłym zjawiskiem. Zmieniły się nie tylko granice, ale przede wszystkim ludność, ustrój państwowy, kultura i gospodarka. Śmiało można powiedzieć, że z terenów tych zniknęła cała cywilizacja, a na jej miejscu tworzono zupełnie nową wersję polskiego świata.

Rybołówstwo odegrało kluczową rolę w procesie kulturowego oswajania regionu Zalewu Szczecińskiego oraz kształtowania się nowej społeczności jego mieszkańców. Połowy miały ogromne znaczenie dla przetrwania osadników w pierwszych, najtrudniejszych miesiącach. Następnie stały się fundamentem gospodarki regionu, który znacząco wpływał na życie codzienne i relacje międzyludzkie. Rybołówstwo stało się więc jednym z najważniejszych elementów regionalnej specyfiki basenu Zalewu Szczecińskiego.

Prezentowana wystawa została stworzona w oparciu o badania terenowe i źródłowe zrealizowane przez Fundację Centrum Inicjatyw Regionalnych i Międzynarodowych. Wystawa nie ma charakteru zamkniętego. W jej ramach sygnalizujemy jedynie wątki, ważne z punktu widzenia pierwszych osadników. Zachęcamy jednocześnie do dyskusji na temat jednej z ważniejszych profesji dla dziedzictwa kulturowego naszego regionu.


Rybacki genius loci

Sieci, przystanie, a przede wszystkim mniejsze i większe łodzie rybackie… Są to nieodłączne części krajobrazu kulturowego regionu Zalewu Szczecińskiego. Historycy wskazują, że człowiek przybył na te tereny właśnie ze względu na obfitość ryb, a przede wszystkim śledzia rugijskiego. Polacy od wieków postrzegali Pomorze Zachodnie jako rybne zagłębie. Warto przypomnieć jak o motywach podboju tych ziem przez Bolesława Krzywoustego pisał Gall Anonim:

Wieźli obcy ryby słone i cuchnące
Dziś synowie świeże wiozą, trzepoczące
(…)
Dziki, sarny i jelenie tropili ojcowie
Skarby morza i potwory łowią ich synowie

Przez stulecia poprzedzające drugą wojnę światową gospodarzami wód Zalewu Szczecińskiego byli rybacy niemieccy, którzy wytworzyli tu własną kulturę rybołówstwa łodziowego. Powojenne zmiany granic spowodowały ich exodus. Niemniej rybacki genius loci pozostał, nadal kształtując charakter regionu.


Tonowe połowy

Węgorza było dużo… jak ja rybaczyłem to 1 maja miałem 1360 kilo, 2 maja 900 kilo, 3 maja 700 kilo. Jednego miesiąca my zdali ponad 13 ton ryby! A jeden handlarz przyjeżdżał wołgą i daliśmy mu 480 kilogramów ryby. To auto aż było krzywe! Tam gdzie kierowca siedział na przodzie to wór 180 kilo miał… A ten handlarz płacił nam 4 złote za kilogram. Wtedy inna ryba się nie liczyła tylko węgorz… Ryby było bardzo dużo…

Tak Pan Józef, rybak z Karsiboru, wspominał pierwsze lata nad Zalewem Szczecińskim. W czasie wojny rybołówstwo na tych terenach w zasadzie nie funkcjonowało. W efekcie polscy osadnicy zastali w wodach Zalewu ogromną ilość ryb. A innej żywności, zwłaszcza tej bogatej w białko, wyraźnie brakowało. Rybołówstwo stało się więc podstawą bytu wielu przybyszów, a wkrótce również fundamentem lokalnej gospodarki.

W pierwszych latach walutą wymiany nie zawsze były pieniądze. W czasach, gdy brakowało niemal wszystkiego mogły one nie mieć większego znaczenia. Jak wspominał w swoim pamiętniku Anatol Drywa:

oprócz wymiany słów w sztormowe dni, gdy rybacy nie mogli się przedostać przez Zalew do Nowego Warpna, wymieniałem z nimi również mleko, twaróg i masło oraz chleb na „żywy” towar, jakim był węgorz.

(A. Drywa, Na Zalewie Szczecińskim, 1975)

Opłacalny trud

Rybacy szybko zaczęli wyróżniać się swoim statusem materialnym wśród pozostałych osadników. Jak zauważył pan Józef, opisując mieszkańców wyspy Wolin w pierwszych latach po wojnie:

tu generalnie żyli bardzo biedni ludzie. Ci co pracowali w rybołówstwie to żyli dobrze, ale reszta to skromnie, powiedziałbym nawet biednie.

Rybołówstwo dawało w tym czasie wielu ludziom poczucie bezpieczeństwa. Postrzegane, jako życiowa szansa, przyciągała nad Zalew Szczeciński kolejnych osadników. Ze wspomnień Anatola Drywy:

w końcu czerwca [1947 r.] kontroler o nazwisku Wódz wręczył mi, jak na wodza przystało, upragnioną kartę rybacką. Był to w moim życiu jakiś dzień przełomowy. Byłem bardzo zadowolony i pełen nadziei, chociaż nie zdawałem sobie sprawy, co mnie czeka.

(A. Drywa, Na Zalewie Szczecińskim, 1975)

Jak się okazało, zalewowe rybaczenie było ogromnym wyzwaniem, dawało jednocześnie znakomite rezultaty:

w sezonie zarabiałem trzykrotnie więcej aniżeli na wyspie w Gdańskim Urzędzie Morskim. Praca była ciężka i mozolna. Hartowała młodego człowieka podczas jesiennych sztormów i mgieł. Wyrywane przez żywioł żaki stawiane były ponownie, łącznie z przestawami żakowymi. Nikt się nie zrażał dodatkowymi niezapłaconymi robotami i nocowaniem pod gołym niebem na wyspie pod latarniami, gdy nagły sztorm nie pozwalał wracać do portu macierzystego. Dopiero teraz naprawdę poznałem trudny i niebezpieczny zawód rybaka. (…) Zarobek uzyskany w sezonie wystarczał w zupełności do nowego sezonu wiosennego, a nawet dłużej!

(A. Drywa, Na Zalewie Szczecińskim, 1975)

Tylko dla chwatów, dla orłów

Jakiś zbójecki hyr tu władał, jakaś własna moralność. Co tu dużo gadać: mnie to brało. Wówczas odniosłem wrażenie, że to nie jest jakiś wrodzony zmysł do łajdactwa, lecz ciągłe upajanie się wolnością i akcentowanie prawa do rządzenia się na swój sposób.

Tymi słowy region Zalewu Szczecińskiego opisał Czesław Schabowski w opowiadaniu Pirat i Magdalenka (1963). Duże zarobki w połączeniu z trudnymi warunkami pracy przyciągały ludzi twardych, śmiałych, czasem wręcz awanturniczych. Literatura tego okresu, w tym reportaże i wspomnienia, przedstawiają Zalew Szczeciński jako obszar specyficznej wolności, gdzie każdy musiał radzić sobie jak tylko umiał. Gdyby obraz prerii zamienić na wody Zalewu, a konie na łodzie rybackie, to otrzymamy obraz polskiego Dzikiego Zachodu. Był to świat, w którym

rybacy są jednocześnie rolnikami, myśliwymi, a przede wszystkim namiętnymi kłusownikami i piratami wodnymi, płynącymi na połowy nie tylko ze sprzętem rybackim, ale i z flinta czy wnykami na zające. (…) Była to dzika trochę, żywiołowa i niespokojna nowa społeczność, tkwiąca po

rybacy są jednocześnie rolnikami, myśliwymi, a przede wszystkim namiętnymi kłusownikami i piratami wodnymi, płynącymi na połowy nie tylko ze sprzętem rybackim, ale i z flinta czy wnykami na zające. (…) Była to dzika trochę, żywiołowa i niespokojna nowa społeczność, tkwiąca po uszy, po sam rdzeń swych namiętności w rybołówstwie pojętym bardzo osobliwie i bardzo powoli wytwarzająca nową tradycję i moralność rybacką.

(S. Telega, Odkrycie Bałtyku w literaturze, 1970)

Ten obraz regionu był na tyle wyrazisty, że przyciągał tu niespokojne i fantazyjne dusze jeszcze przez długi czas. To zapewne dlatego Jan Papuga – pisarz i podróżnik – próbował później stworzyć w Lubinie rybacki falanster, wspólnotę wolnych ludzi, żyjących właśnie dzięki bogactwu wód Zalewu. Niestety, nie powiodło się, brakło już chwatów!

Tylko gdzie są te chwaty? Szukam ich tak długo. Różni mędrcy, z klubów, z prasy, z urzędów mówią mi, że takich dziś nie ma. Nie ma? Muszą być! Tak jak musi być powietrze, las, woda, morze. Muszą być, bo świat należy do orłów, do dzielnych, do chwatów, a nie do kameleonów, do ludzi z klubów, z urzędów.

(J. Papuga, Singsiarz, 1983)

Nauczyciele

Nad Zalew Szczeciński przybywali osadnicy z polski centralnej, Wielkopolski oraz ziem utraconych na wschodzie. Dla większości z nich woda – a zwłaszcza tak duże akweny jak Zalew – była żywiołem zupełnie obcym. Nie mieli też pojęcia o trudnej sztuce rybołówstwa. Bogactwo ryb zdawało się być na wyciągnięcie ręki, trzeba było tylko umieć po nie sięgnąć.

Po kilku latach mężczyzn zamieszkujących region zaczęto wysyłać na szkolenia, między innymi do Giżycka. Nad Zalew sprowadzono też doświadczonych rybaków z Mazur. W 1949 r. do Lubina przyjechało kilkanaście rodzin z Węgorzewa. Jednak w pierwszym okresie po przybyciu osadników nieoceniona okazała się pomoc udzielona przez pozostałych na tych ziemiach rybaków niemieckich.

Duża część Niemców opuściła region jeszcze pod koniec wojny, tych którzy pozostali wysiedlano stopniowo. Proces ten trwał do 1947 r. Jedna z najstarszych mieszkanek Lubina, Pani Wenata, żona doświadczonego rybaka wspominała, że to oni „nauczali do zawodu naszych mężczyzn”.

Niemcy uczyli Polaków obsługi sprzętu. Niektóre łodzie, dzięki doskonałej konserwacji przetrwały nawet do lat 90-tych XX wieku. Przekazywali oni również umiejętności związane z połowem ryb oraz wiedzę z zakresu meteorologii i ichtiologii. Niemieccy rybacy odegrali niezastąpioną rolę w procesie oswajania Zalewu Szczecińskiego przez polskich osadników. Mieli również zasadniczy wpływ na utrwalenie kultury rybołówstwa w regionie w okresie powojennym.


Wspólnota interesów

Polsko-niemiecka kooperacja była w okresie powojennym korzystna dla obu stron. Przepisy graniczne uniemożliwiały niemieckim rybakom samodzielny połów ryb. W interesie państwa, a przede wszystkim lokalnej społeczności leżało odbudowanie rybołówstwa jako ważnej gałęzi gospodarki. Dochodziło więc do paradoksalnych sytuacji, w których Polacy, nie znający się na rybołówstwie rejestrowali się jako rybacy, po czym zatrudniali Niemców, którzy dla nich łowili. Nie było to wcale rzadkością, praktykę tę stosowali również urzędnicy państwowi. Jak opowiadał świnoujski historyk, dr Józef Pluciński, wójtowie Warszowa i Przytoru zatrudniali w ten sposób dwie lub trzy osoby.

Niemiecką znajomość rybackiego fachu wykorzystała też radziecka armia. Wielu rybaków z Ognicy i Warszowa przesiedlono do Kamminke, wioski na wyspie Uznam, która znalazła się pod drugiej stronie granicy. Ich obowiązkiem było zaopatrywanie armii w świeżą rybę. Dla Niemców zaś, współpraca z Polakami lub radzieckim wojskiem była szansą na stabilny byt w powojennym, niepewnym świecie.


Wyplatanie nowego świata

Ludzie, którzy zajęli się rybołówstwem, w swym przedwojennym życiu nie mieli z tym zawodem nic wspólnego. Budowa nowego świata nad Zalewem Szczecińskim często zaczynała się od nabywania zupełnie nowych umiejętności. Trzeba przyznać, że wielu osadników poradziło z tym sobie doskonale. Przykładem jest Pan Tadeusz Piechota, lider społeczności lubińskich rybaków, przez wiele lat członek władz spółdzielni Certa, który przed wojną był… trenerem tenisa ziemnego w Kaliszu.

Co więcej, przybysze z różnych części kraju pielęgnowali odmienne tradycje, w różny sposób obchodzili święta czy organizowali swoje codzienne życie. Nad Zalewem można było w tym czasie usłyszeć różne języki i gwary. To wszystko utrudniało integrację społeczności, jednak wspólna, ciężka praca na wodzie lub przy sieciach rozwiązywała ten problem. Rybołówstwo stało się płaszczyzną porozumienia dla społecznej mozaiki oraz fundamentem dla nowej, wspólnej kultury.


Zawód rodzinny

Rybaczenie – jak określają sieciowe połowy starsi mieszkańcy regionu – w pamięci lokalnej społeczności funkcjonuje jako jeden z niewielu jasnych punktów na tle szarej powojennej rzeczywistości. Zawód ten dawał osadnikom szansę na skuteczne zorganizowanie swojego życia w nieznanej im rzeczywistości. Podjęcie godziwej pracy przez nowoprzybyłych mieszkańców wprowadzało regularność w ich trudną codzienność. Organizowało życie wielu rodzin przygotowując je na pobyt w nowym świecie.

Z rybołówstwem związany jest cały szereg prac wykonywanych nie tylko na wodzie. Liczba czynności, które należy podjąć, aby łowienie przynosiło rezultaty była na tyle duża, że pracowało przy nich wiele osób. Rybołówstwo angażowało więc do pracy całe rodziny. O ile w połowach uczestniczyli przede wszystkim mężczyźni, to na przykład w wyplataniu sieci czy w selekcji ryb udział brały zarówno kobiety, jak i dzieci.


Nowe dziedzictwo

Życie wielu rodzin było podporządkowywane kalendarzowi wyznaczanemu przez prace związane z połowem. Sezon rybacki rozpoczynał się wczesną wiosną i trwał do pierwszych mrozów. Praca ściśle organizowała porządek dnia. Na Zalew wyruszano najczęściej o świcie. Przywieziona ryba musiała zostać natychmiast odpowiednio poselekcjonowana i obrobiona. Z uwagi na niedużą ilość sprzętu, drobne naprawy były wykonywane możliwie szybko. W porze zimowej dokonywano poważniejszych reperacji: remontowano łodzie, konserwowano sieci.

Rybołówstwo nie tylko spajało nową społeczność, lecz stawało się również nicią między pokoleniami, związującą młodych ludzi z regionem Zalewu Szczecińskiego.

Nowe społeczeństwo nie tworzy zupełnie nowej przestrzeni – przejmuje już istniejące dobra kultury oraz istniejący krajobraz, wypełnia je nową treścią, postrzega to, co zastane, na swój własny, nowy sposób, obmyśla i przeżywa wszystko inaczej. Jednocześnie jednak – świadomie lub nieświadomie – zapewnia jej ciągłość, rozwijając mniej lub bardziej złożona zdolność wchodzenia w kontakt z już istniejącą przestrzenią.

(B. Halicka, Polski Dziki Zachód. Przymusowej migracje i kulturowe oswajanie Nadodrza 1945-1948, 2015)

Zawodowcy

Imponujące jest, jak szybko zalewowi rybacy stali się ekspertami w swym fachu. Wiedza przekazywana z ust do ust, a przede wszystkim trudne doświadczenia na wodzie sprawiły, że niedawni amatorzy stali się prawdziwymi zawodowcami. Część z nich dbała o to, by swą wiedzę przekazać dalej.

Niezwykłym zabytkiem kultury jest w tym względzie zeszyt należący do śp. Pana Zdzisława Biszewskiego. Rybak z Karnocic stworzył własny podręcznik rybołówstwa! Zawiera on niezwykle szczegółowe i precyzyjne informacje, które służyły młodszym kolegom po fachu.

W zeszycie znajdziemy informacje o budowie kutra, a także przedmiotów wykorzystywanych w rybołówstwie, takich jak drewniane bloki czy sieci. Scharakteryzowane zostały przydatne sposoby wiązania lin oraz wykorzystywany w tamtym okresie takielunek. Nie zabrakło również informacji o tym, jak należy zachować się podczas sztormu, czy też kwestii obowiązującego prawa wodnego. Jest to znakomite kompendium wiedzy na temat powojennego rybołówstwa łodziowego.


Zawód o politycznym znaczeniu

Region Zalewu Szczecińskiego miał po wojnie ogromne znaczenie strategiczne. Znajdował się na granicy państwa, w newralgicznym miejscu, którym było ujście Odry. Władze PRL wprowadziły tu obowiązek pozyskiwania specjalnych pozwoleń na pracę w rybołówstwie. By je uzyskać należało załatwić stosowne formalności w Urzędzie Powiatowym, Urzędzie Bezpieczeństwa oraz na posterunku Milicji. Dla rybaków kluczowym stało się nie tylko uzyskanie, ale również utrzymanie tego pozwolenia. Wystarczyło podpaść Milicji lub UB, by pożegnać się z tym dochodowym zajęciem.

W pierwszych latach po wojnie rybołówstwo miało charakter indywidualny. Łowiono na własną rękę, jednak już od 1947 r. powstawały pierwsze spółdzielnie rybackie. W latach 1951–52 na Zalewie funkcjonowały dwie spółdzielnie: „Certa” w Szczecinie i „Piast” w Wolinie. Wkrótce pierwsza wchłonęła drugą, przyłączając do siebie również Spółdzielnię Przetwórstwa Rybnego „Szkutnik” mieszczącą się w Nowym Warpnie. „Certa” stała się potężnym kombinatem zajmującym się zarówno połowem, jak i przetwórstwem ryb na całym polskim wybrzeżu Zalewu Szczecińskiego.

Władze spółdzielni – jak przystało na zarządców socjalistycznych przedsiębiorstw – stawiali sobie za cel bicie

Władze spółdzielni – jak przystało na zarządców socjalistycznych przedsiębiorstw – stawiali sobie za cel bicie kolejnych rekordów: w liczbie członków, dochodzie, ilości złowionych ryb. By mobilizować rybaków odwoływano się zarówno do socjalistycznych ideałów, jak i PRL-owskiego modelu patriotyzmu:

Minęło dziesięć lat, gdy zawdzięczając bohaterskiej Armii Radzieckiej i Odrodzonemu Wojsku Polskiemu weszliśmy w posiadanie starych Ziem Piastowskich. (…) Smutną spuściznę otrzymaliśmy po hordach ustępujących hitlerowców. Spalone wsie, opuszczone miasta, bezludne porty i bazy rybackie. Tysiące najofiarniejszych synów pośpieszyło na Ziemię Piastowską, by wziąć ją w wieczne władanie, by zaleczyć zadane wojną rany i doprowadzić do rozkwitu.

(…)

Prowadzone obecnie wykopaliska na wyspie Wolin dają nam możność niezaprzeczalnego twierdzenia, że polskie rybołówstwo opiera się na bardzo starych słowiańskich tradycjach. Wykopaliska w postaci szczątków łodzi, sieci wiązanych, kości ryb przemawiają za tym, że nasi przodkowie – plemiona pomorskie, które zamieszkiwały tu przed ponad tysiącem lat chętnie uprawiały rybołówstwo.

(Ludzie z nad Zalewu, 1956)

Długie trwanie

Przemiany ustrojowe po 1989 r., a także zmiany flory i fauny w Zalewie Szczecińskim sprawiły, że rybołówstwo przestało być fundamentem lokalnej gospodarki. Zasadniczym źródłem dochodów dla społeczności mieszkających w sąsiedztwie największego akwenu słodkowodnego w Polsce stała się branża turystyczna.

Pomimo tych zmian region zachował swój rybacki charakter. W wielu miejscowościach działają bazy rybackie, już przed świtem słychać warkot kutrów przemierzających zalew, a wystające z wody pale wciąż są częścią krajobrazu. Co równie ważne, rybackość jest niezwykle ważnym elementem kultury regionu, wyraźnie widocznym w przestrzeni publicznej. Tak jak w czasach Bolesława Krzywoustego, ryb cuchnących tu nie uświadczysz, a rybacki genius loci trwa.


Zakończenie

Stworzenie wystawy nie byłoby możliwe bez zaangażowania najstarszych mieszkańców regionu. Serdecznie dziękujemy wszystkim naszym rozmówcom za poświęcony nam czas.

Zdjęcia zaprezentowane w ramach zadania pochodzą ze zbiorów:

  • Pani Janiny Bagrowskiej
  • Państwa Biszewskich
  • Państwa Kotwiców
  • Państwa Kowalskich
  • Pani Wenaty Piechoty

A także innych osób, które anonimowo zgodziły się na ich udostępnienie.

Centrum Inicjatyw Regionalnych i Międzynarodowych kontynuuje swoje działania polegające na odkrywaniu i promocji powojennej historii regionu. Jeśli znają Państwo ciekawe opowieści, posiadają zdjęcia lub inne pamiątki z powojennego okresu zasiedlania Pomorza Zachodniego zachęcamy do kontaktu: