Pamięć Archipelagu

wystawa

Wstęp

Powojenna historia gminy Międzyzdroje

Wystawa Pamięć Archipelagu prezentuje powojenną rzeczywistość wysp Wolin, Karsibór i polskiej części wyspy Uznam. Przygotowując wystawę dotarliśmy do najstarszych mieszkańców, którzy pamiętają okres zasiedlania tych terenów po 1945 roku. To właśnie ich wspomnienia zainspirowały nas do przedstawienia problemów i wyzwań z jakimi musieli mierzyć się pierwsi osadnicy na wyspach. Mieszkańcy Archipelagu są więc zarówno bohaterami, jak i współautorami tej wystawy. W ich wspomnieniach zawierają się opisy wydarzeń i procesów stanowiących ważny element niematerialnego dziedzictwa kulturowego Gminy Międzyzdroje.

Wystawa jest uzupełnieniem interaktywnego szlaku historycznego Archipelag Pamięci, dzięki któremu historię powojennego osadnictwa wpletliśmy w przestrzeń polskich wysp. Zapraszamy na stronę: www.archipelag.edu.pl.

Tułaczka

Mosty pozrywane były, ludzie dojeżdżali do brzegu i jakoś kombinowali. A mój ojciec inaczej wykombinował. W Szczecinie dogadał się, czyli przekupił, człowieka co barką pływał do Świnoujścia. I myśmy na tę barkę się załadowali. A ze Świnoujścia do Wolina dwa razy dziennie jeździł po torach samochód. I tak żeśmy już tu dojechali.

Opowieść Pana Mariana znakomicie pokazuje jakim wyzwaniem było po wojnie dotarcie na wyspę Wolin. Lądem, wodą, wszelkimi sposobami… Ta tułaczka trwała czasem wiele tygodni. Często bywało tak, że jako pierwsi przybywali mężczyźni, którzy dopiero potem ściągali tu rodziny, a nawet znajomych.

Jako pierwszy przyjechał tu kolega mojego taty. Nam się zdawało wszystkim, że to jest tylko przejściowe tutaj. Ale nie było gdzie się podziać i ten kolega napisał do taty: przyjeżdżaj, bo tu piękny teren, nie masz nic, nie mamy nic, ale tu jakoś zaczniemy życie.

(Pani Wenata)

Krótko przed tym, jak nowi mieszkańcy dotarli na Archipelag, zostali zmuszeni do opuszczenia rodzinnych domów. Osadnicy przybywali na wyspy pełni rozpaczy po utraconej, małej ojczyźnie. Trauma przesiedlenia towarzyszyła im przez wiele lat i utrudniała adaptację w nowym miejscu. Zwłaszcza, że przyszłość nowego domu wydawała się niepewna.

Zawsze mówili u mnie w domu, że nic nie będą robić, bo jeszcze wojna będzie. Myśleli, że wojna będzie, ludzie byli niepewni. Całe społeczeństwo myślało, że Świnoujście wróci do Niemiec.

(mieszkanka Międzyzdrojów)

Nie ma wątpliwości, że najtrudniejsze w tej sytuacji były pierwsze dni. Wtedy nieocenione okazywało się być pozostawione przez Niemców wyposażenie gospodarstw oraz pomoc i dobra rada nowych sąsiadów.

Jak weszliśmy do domu to patrzymy, myślimy piecy są, my sobie napalim i jakoś sobie poradzim. Mieliśmy trochę swojego jedzenia i te sprzęty. Potem pamiętam Pana Szemisa Stefana. Do niego się udaliśmy i mówimy, może coś nam poradzi. I nam powiedział, że w Wapnicy Państwo K. mają świnie do sprzedania. Mieliśmy pieniądze tośmy kupili, zabili, do beczek, posolili i już nie trzeba było tak chodzić i szukać. Już było coś swojego

(Pani Jadwiga)

Migracyjny
kolaż

Na tereny Archipelagu przybywali ludzie z różnych regionów kraju, przedstawiciele różnych profesji i warstw społecznych. Około trzydziestu procent przybyłych stanowili mieszkańcy tak zwanych Kresów Wschodnich, czyli terenów obecnej Białorusi, Litwy i Ukrainy. Liczną grupę stanowili Wielkopolanie, a także Warszawiacy, którzy po zniszczeniu stolicy szukali bezpiecznego miejsca na ziemi.

Osadnicy przywozili ze sobą własne doświadczenia, przekonania i obyczaje. Archipelag był więc wieżą Babel, w której można było usłyszeć najróżniejsze języki i gwary oraz zobaczyć, jak różnią się od siebie poszczególne sposoby obchodzenia świąt, czy nawyki życia codziennego.

Jak funkcjonowała ta mieszanka kulturowa? Ze wspomnień mieszkańców Archipelagu wynika, że całkiem nieźle. Oczywiście zdarzały się napięcia, kłótnie i spory, które przy różnych okazjach – szczególnie w trakcie sobotnich zabaw – przeradzały się w bójki. Pani Jadwiga opowiadała nam, że jej rodzina oraz ich towarzysze zostali bardzo niemiło przyjęci, przez przybyłych tu wcześniej osadników ze wschodniej polski:

Pani M., co tu niedaleko mieszka, wtedy była panienką i wychodziła za mąż. Nasze chłopaki poszli na to wesele, żeby pośpiewać, żeby się pobawić. Wracają z wesela i mówią, że oni nas tu nienawidzą. Powiedzieli im: „po co wyście tu, złodzieje, przyjechali?”. Mówili: „uciekać, bo przyjechaliście nas okraść!”. Ile to trwało, za nim się wszyscy ze sobą ułożyli? – pytamy. Tak ze dwa miesiące.

Konflikt ten wynikał nie tyle z różnic kulturowych, co z obawy o własny byt i dobra – ziemie, narzędzia, domy. Można zrozumieć obawy ludzi, którzy w tak trudnych i niepewnych czasach zdołali jakoś poukładać sobie życie, a przybycie nowych osadników kojarzyło im się z groźbą zburzenia tego porządku. Różnorodność tego migracyjnego kolażu nie wynikała jedynie z pochodzenia regionalnego czy etnicznego. Wśród osadników znajdowali się ludzie pochodzący z różnych sfer społecznych, zajmujący się bardzo różnymi profesjami. Wszyscy oni musieli radzić sobie w nowej rzeczywistości, w której dawne umiejętności i nawyki okazywały się często nieprzydatne.

Moja mama była aktorką teatru wileńskiego Lutnia, który do tej pory istnieje. Tatuś robił trzy lata studia prawnicze, ale tam mu nie wyszło. Przeszedł na konserwatorium muzyczne – śpiew. Pracował jako urzędnik państwowy w Dyrekcji Kolejowej, ale też śpiewał arie operowe. Nie był aktorem opery, ale czasem śpiewał tam arie (…) Mąż przed wojną był zaś trenerem tenisa ziemnego w Kaliszu, a tutaj zajął się rybołówstwem i został przewodniczącym Certy.

(Pani Wenata)

Aktorka wileńskiego teatru Lutnia, urzędnik śpiewający arie operowe, trener tenisa ziemnego… Wszyscy musieli nauczyć się żyć na nowo. Jedni, starali się wykorzystać swoje dawne umiejętności i doświadczenia, inni budowali swój świat zupełnie na nowo. Wszak ryby było w bród, a kortów tenisowych raczej brakowało.

Pod specjalnym nadzorem

Żeby przedostać się do Świnoujścia musieliśmy mieć przepustkę, ponieważ tam były wojska rosyjskie. Jechało się do Świnoujścia. Tam przy nabrzeżu stał okręt, który obsługiwała rosyjska armia. Kupowało się bilet i ci Rosjanie przewozili do Szczecina i ze Szczecina dopiero można było wziąć pociąg.

Historia, o której opowiedziała nam jedna z najstarszych mieszkanek Międzyzdrojów dobrze pokazuje jakich codziennych problemów dostarczała zawiła sytuacja prawna ziem należących do Archipelagu. Wyspy Wolin, Karsibór i część wyspy Uznam zostały przyłączone do Polski w ramach porozumień zawartych przez przedstawicieli mocarstw na konferencji w Poczdamie, która odbyła się na przełomie sierpnia i lipca 1945 r. Armia Czerwona zajęła te tereny kilka miesięcy wcześniej. Archipelag był jednym z ostatnich regionów przekazanych polskiej administrację przez „bratnią armię”. Stało się to na początku października 1945 r. Strategiczne położenie Archipelagu powodowało, że mieszkanie, a nawet pobyt na tym terenie podlegał znaczącym obostrzeniom. Radziecka armia pozostała na tych ziemiach przez długie lata. Było to sąsiedztwo problemowe, a często wręcz bolesne.

W pierwszych latach po wojnie osadnicy musieli uzyskać wizę wydawaną przez Wojsko Ochrony Pogranicza (WOP) zezwalającą na zamieszkanie w specjalnej strefie przygranicznej. Podobne ograniczenia dotyczyły wczasowiczów, którym wydawano pozwolenia na pobyt. Przez długi czas obowiązywało również prawo przymusowego przesiedlenia. W przypadku kłopotów z prawem, czy niepożądanej aktywności społecznej i politycznej przedstawiciele Urzędu Bezpieczeństwa mogli wydać nakaz przymusowego opuszczenia strefy przygranicznej. Poważnym obostrzeniom podlegało również rybołówstwo – uzyskanie pozwolenia na rybaczenie wymagało zgody Urzędu Powiatowego, Milicji i Urzędu Bezpieczeństwa.

Całe obszary Archipelagu były wyjęte spod polskiej jurysdykcji – kontrolowała je Armia Radziecka.:

Do Świnoujścia samemu nie można było jeździć. Jak jechało pięć kobiet, to dwóch mężczyzn z nimi jeździło. Jak jeden sam pojechał to zabili go Ruscy. Strach było jechać… Ja raz pojechałem po żonę do Świnoujścia, a Ruscy, gdzie były dobre budynki to mieszkali… To wtedy był strach… Oni na Warszowie to całe miasteczko zamieszkiwali, wszystko zniszczyli.

(Pan Józef)

Kwitek na dom

Pamiętam, przyszliśmy patrzeć na drzwi, gdzie można sobie zająć mieszkanie i mieszkać. W Dargobądziu był taki Pan, który zarządzał. Przyjechał do niego mój mąż i mówi mam kwitek… A ja mówię, na co ci ten kwitek, on nic nie da… A on mówi, że dzięki temu kwitkowi możemy sobie zająć mieszkanie, które chcemy.

(Pani Jadwiga)

Pierwsi osadnicy przybywający na Archipelag mieli ogromną swobodę w wyborze miejsca zamieszkania – zarówno jeśli chodzi o miejscowość, jak i domostwo. Zajmując określone domy kierowali się własnymi upodobaniami, stanem domu oraz tym, jakie plany mieli na przyszłość. Do swojego gospodarstwa mogli oni przyłączyć duży areał ziemi, o którego wielkości często sami decydowali. Jak wyglądało zajmowanie domów? Najczęściej wystarczyło powiesić na nim polską flagę, lub po prostu kartkę z napisem „zajęte”. Formalności dopełniano później.

Przyjeżdżając na tereny Archipelagu osadnicy w pierwszej kolejności musieli zadecydować, w którym miasteczku lub wsi będą mieszkać:

Moim zdaniem to tak było: kto co chciał robić. Bo były krowy. Były świnie [pozostawione przez Niemców]. Koni nie było. Ale jak chciał mieć gospodarstwo to zajmował. Jak zobaczył, że są stodoły, że można gospodarzyć. My mieliśmy komórkę na drzewo, to wszystko. Ale jak był gospodarzem i chciał gospodarzyć to zobaczył, że są stodoły, obory, to zostawał tam.

(Pan Marian)

Zagubieni

Tu wody nie było, światła nie było. Każde gospodarstwo miało swoją studnie… ale prądu nie było… myśmy tu byli zagubieni, bo [wcześniej] mieszkaliśmy w mieście, a tutaj pustka, jest dach nad głową, ale nie ma nic. Przyjechaliśmy w listopadzie to leżały jeszcze jabłka to się tymi jabłkami żywiliśmy. Ewentualnie po piwnicach jak gdzieś były słoiki to jak się znalazło to jedliśmy. Jakiś węgorz w słoiku czy inna ryba albo owoc, a tak to ciężko było… Sklepów nie było, trzeba było chodzić do Dargobądza. Przez las jest bliżej, chodziliśmy przez las zimą, ale to jest 8 km, może 10. Byliśmy głodni, ale tam przydzielali kilo mąki, kilo cukru, soli, zależy ile osób było, jakaś margaryna, kawałek chleba. Trzeba było tam iść i z powrotem, bo nie było czym dojechać. Kiedyś, jak szliśmy do domu ze sklepu, to ja byłam najmłodsza, szłam i prawie pół bochenka chleba zjadłam i potem mnie gryzło sumienie, że nie dostarczyłam całego bochenka do domu…

(Pani Wenata)

Problem z dostępem do podstawowych dóbr był ogromnym wyzwaniem dla osadników, zwłaszcza w pierwszych latach po wojnie. Ratunkiem okazywał się wtedy dobytek pozostawiony przez Niemców. W domach i piwnicach znajdowano pościel, zastawy kuchenne i sztućce, działające piece. W gospodarstwach często znajdowano nawet cały inwentarz – krowy, świnie, kury, a także przetwory żywnościowe. Rzeczy pozostawione przez wysiedlonych służyły polskim rodzinom przez długie lata. Jak wspominała nam jedna z mieszkanek Międzyzdrojów:

Myśmy przyjechali do Międzyzdrojów w 1948 roku. I tutaj w Międzyzdrojach Niemcy zostawili wszystko tak jak stali. Pościel, meble, wszystko. Wchodził Pan do mieszkania i tam wszystko było. W domach wszystko było, w piwnicach nawet jedzenie, kaczki zalane tłuszczem, konfitury, wino, ale my tego nie braliśmy, bo się baliśmy. Nikt nie mógł wiedzieć czy to nie zatrute.

(Pani Jadwiga)

Przydawało się dosłownie wszystko, nie tylko żywność i przedmioty gospodarcze:

Karsiboru nie bombardowali, ale tutaj jeden samolot zestrzelili. A wtedy śrubki trudno było kupić. Jak my rybaczyli, to trzeba było iść do tego samolotu wykręcić to, co nam było potrzebne i naprawić. Tutaj 5 łodzi stało nowych, niemieckich. Niemcy je zatopili – odkręcili śruby i poszło na dno. To myśmy potem paliwo z tego brali do naszych łódek.

(Pan Józef)

Socjalizm na piastowskiej ziemi

Oficerowie, podoficerowie i żołnierze!

Sprawiedliwości dziejowej stało się zadość! Odzyskaliśmy odwiecznie polskie ziemie nad Odrą i Nissą, odzyskaliśmy wielki, szeroki dostęp do morza. Dziś stoi przed nami zadanie utrwalenia owoców zwycięstwa, odnowienia i umocnienia owoców polskości tych ziem, zaludnienia ich i zagospodarowania.

Bogate i urodzajne ziemie zachodnie staną się źródłem dobrobytu dla całego kraju. Miliony Polaków znajdą tam pracę i chleb, stworzą dla siebie dostatnie i spokojne warunki życia (…).

[Fragment Rozkazu osiedleńczego nr 111, 3.06.1945r.]

Z punktu widzenia władzy ludowej Archipelag był częścią tzw. Ziem Odzyskanych, czyli terenów przyłączonych do Polski na mocy ustaleń powojennych, podjętych na konferencjach w Jałcie i Poczdamie. Już sama nazwa tych terenów, stosowana w propagandzie wyraźnie wskazywała, że są to ziemie rdzennie polskie i piastowskie, które nasz kraj „odzyskał” z rąk niemieckich. Taka narracja miała eliminować ewentualnie roszczenia terytorialne ze strony Niemiec oraz mobilizować Polaków do przybywania tu – zarówno ze względu na własne potrzeby, jak i dla realizacji patriotycznego obowiązku.

Gdy w 1945 r. na Pomorzu Zachodnim świętowano pierwszą gwiazdkę, władza robiła wszystko, by przekonać Polaków o doniosłości tego wydarzenia. Nie omieszkano wykorzystać symboliki religijnej, którą chwilę później żarliwie zwalczano. To dlatego na plakacie propagandowym z tego okresu widzimy żołnierza Armii Ludowej, który podarowuje Matce Boskiej i Dzieciątku herb rodu Gryfitów, symbol Pomorza Zachodniego.

W zamyśle władz na Ziemiach Odzyskanych miało wykształcić się nowe, socjalistyczne, polskie społeczeństwo. Do sprowadzania się tutaj zachęcano Wielkopolan, których postrzegano jako wyjątkowo przedsiębiorczych. Starano się również, by osadnicy nie kultywowali swych obyczajów, przywiezionych ze Wschodu lub Południa. W kulturowej różnorodności widziano niestety relikty przeszłości, które nie szły w parze z ideą socjalistycznej modernizacji.

Proza niełatwej codzienności

Nie było pracy. Tu byli rybacy, głównie Niemcy i trzeba było na chleb zarobić. Rodzice mieli papiery, które świadczyły o tym, że mają doświadczenie w kierunku kulturalno-oświatowym i zaczęli tu mobilizować… Chociaż głód był, pieniędzy nie było, ale chociaż trochę śmiechu, trochę żartów… Zaczęli organizować taki objazdowy teatrzyk. Tu u nas na wsi, tam na wsi, Przytór, do Świnoujścia, Międzyzdroje. Jakiś grosz był… To żaden grosz, ale jakieś zajęcie było, ludzie się mobilizowali, zjednoczyli się.

(Pani Wenata)

Pomimo trudnych czasów osadnicy przybyli na Archipelag starali się toczyć zwyczajne, codzienne życie. Nie było to oczywiście łatwe. Osadnicy nie wiedzieli co ich czeka, nie byli nawet pewni, jak długo Archipelag będzie dla nich domem. W ich opowieściach pojawiają się wspomnienia o rozrywkach, zabawach, wspólnym spędzaniu czasu. Ludzie przybyli z różnych stron świata dzielili trudy codziennej pracy, świąteczne i wolne dni, a także smutki i troski, będące częścią życia każdego człowieka Wydaje się, że szukali wszelkich sposobów na oswojenie nieznanej im rzeczywistości.

Zasiedlanie
Atlantydy

Przed wojną to było takie El Dorado gdzie nawet zza granicy przyjeżdżali i tu pracowali. Wszystkie pomieszczenia, nawet strychy, były załadowane ludźmi, którzy tu pracowali. Był hotel, dom handlowy i sklep kolonialny z własną palarnią kawy. Było też kasyno z piękną sceną, a na przeciwko przepiękny park z alejkami, pomnikami, ławeczkami i takim asymetrycznym jeziorkiem. My jeszcze z tego korzystaliśmy, a potem to wszystko zniszczało.

(Pani Wenata)

W 1855 r. w Lubinie powstała cementowania założona przez szczecińskiego przedsiębiorcę Johannesa Quistroppa. Przedsiębiorstwo rozwijało się bardzo szybko i wkrótce stało się jedną z największych cementowni w Europie. W szczytowym okresie w firmie zatrudniano około 800 pracowników. Lubin stał się pełnym życia miasteczkiem, z własną szkołą, zakładami rzemieślniczymi, dwoma rzeźnikami i piekarnią.

W pierwszych dniach po wojnie lubińska cementownia nadal działała. W niedługim czasie została jednak rozebrana, a fabryczny sprzęt wywieziono do ZSRR, podobno do Briańska. Wielkie kominy cementowni wysadzono, gruzowisko wykorzystał potem Andrzej Wajda, jako plener do kilku scen słynnego filmu „Kanał”. Obecnie trudno dopatrzeć się śladów po owym przepięknym parku, o którym wspominała Pani Wenata, pozostał jedynie zarys asymetrycznego jeziorka. Kataklizm II wojny światowej zmiótł tę część niemieckiej cywilizacji. Co prawda Lubin nie został fizycznie zniszczony, jednak powojenne ustalenia zmieniły mapę Europy, co spowodowało, że miejscowość musieli opuścić ludzie, którzy tę cywilizację tworzyli. Na ich miejsce przybyli polscy osadnicy, przywożąc własne doświadczenia i obyczaje. Poza tym, nie przywieźli prawie nic, więc musieli budować swój świat dzięki temu, co zastali na miejscu.

Rozwój cywilizacyjny Archipelagu, jak i piękno wielu miejsc, na pewno robiły na nich wrażenie. Jakie miało to jednak znaczenie w sytuacji, w której doskwierało im zimno, głód i lęk przed nową rzeczywistością? Ich losy można porównać do próby zasiedlania Atlantydy lub Pompei tuż po apokalipsie. Cywilizacja na gruzach, której Polacy budowali swój nowy świat prawdopodobnie zachwycała, ale nie było to wtedy najważniejsze. To co mieli oni pod ręką potrzebne było do realizacji najbardziej podstawowych potrzeb, trudno było im myśleć o dalekiej przyszłości.

O tym jak bardzo zmienił się Lubin w pierwszych latach po wojnie najlepiej świadczą słowa Pani Jadwigi, która przybyła tam w 1949 r. Zapytana co zapamiętała z momentu gdy pierwszy raz zobaczyła wioskę, która miała stać się jej nowym domem odparła:

Pamiętam… pustkowie, nic nie ma, dzicz!

Nie można mieć pretensji do ówczesnych osadników – tych, którzy przyjechali by faktycznie żyć w nowym świecie, a nie tylko wykorzystać go do cna – że nie zadbali o dobra niemieckiej kultury. Zasiedlanie Atlantydy to nie taka prosta sprawa, a najważniejsza jest przecież troska o własny byt.

Tajemnicza wyspa

Dla Przybyszów z Polski centralnej oraz ziem wschodnich Archipelag był zupełnie nowym światem. Już sam krajobraz zachwycał, ale i zatrważał. Morze Bałtyckie, Zalew Szczeciński, Dziwna i Świna… Dla ludzi, których rodziny od pokoleń mieszkały w głębi kraju woda była żywiołem obcym.

To właśnie dlatego, w pierwszych latach osadnictwa na tych terenach dużą popularnością cieszyły się miejscowości znajdujące się w głębi wyspy Wolin. Na tych terenach zajmowano się rolnictwem. Nowi mieszkańcy Archipelagu, znający się na uprawie ziemi, mogli zacząć nowe życie w warunkach, które nie były im zupełnie obce. Gospodarstwa znajdujące się w bezpośrednim sąsiedztwie Bałtyku lub Zalewu Szczecińskiego starano się omijać. W efekcie wiele miejscowości leżących nad brzegiem Zalewu Szczecińskiego „odsunęło” się od wody o kilkaset metrów, w porównaniu do stanu przed wojną. Z upływem lat osadnicy powoli nauczyli się żyć w nowych warunkach. Wielu udało się oswoić Archipelag i zbudować na nim nowy dom.

Tonowe połowy

Węgorza było dużo… jak ja rybaczyłem to 1 maja miałem 1360 kg, 2 maja 900 kg, 3 maja 700 kg. Jednego miesiąca my zdali ponad 13 ton ryby! A jeden handlarz przyjeżdżał wołgą i daliśmy mu 480 kg ryby. To auto aż było krzywe! Tam gdzie kierowca siedział na przodzie to wór 180 kg miał… A ten handlarz płacił nam 4 zł za kg. Wtedy inna ryba się nie liczyła tylko węgorz… Ryby było bardzo dużo…

(Pan Józef)

Powyższe wspomnienia wskazują, że rybołówstwo było jednym z niewielu jasnych punktów w codziennej, szarej rzeczywistości powojennych mieszkańców Archipelagu. Brak połowów w czasie wojny spowodował, że w Bałtyku i Zalewie Szczecińskim znacznie zwiększyła się ilość ryb. Pojawiły się więc znakomite warunki do rozwoju rybołówstwa.

Miało to ogromne znaczenie, ponieważ żywność, zwłaszcza ta bogata w białko nie była powszechnie dostępna. Mięso było w okresie powojennym bardzo cennym towarem. Na półkach sklepowych brakowało prawie wszystkiego, a ludzie musieli coś jeść. Mieszkańcy mogli łapać i sprzedawać ryby, zarabiając na tym spore pieniądze. Kilkaset kilogramów złapanego węgorza dziennie nie robiło na nikim wrażenia!

Pod jednym dachem

Niemcy po jednej stornie domu mieszkali, a my po drugiej, razem biedę klepaliśmy, w jednym domu. Często zdarzało się tak, że Polacy w jednym, a Niemcy w drugim pokoju. Ale jakoś nie było słychać, żeby ci Niemcy jakieś kłótnie wszczynali. Bardzo duży spokój był (…) Jak myśmy zimą przyjechali to razem zboże sialiśmy, buraki, ziemniaki i dopiero ich zaczęli wywozić.

Po wojnie kilku Niemców było, bo tak jak zajęli tą gospodarkę to była Niemka, matka Niemki i syn. Ojciec zginął na wojnie. I oni zamieszkali razem z moimi rodzicami, ponieważ moja mama umiała po niemiecku. Im się dobrze z nami żyło.

Wspomnienia Pana Stanisława oraz jednej z mieszkanek Międzyzdrojów opisują niezwykłą sytuację społeczną, do której doszło po wojnie na Archipelagu. Gdy pierwsi osadnicy przybyli na wyspy, większość miejscowości wciąż była zamieszkana przez Niemców. Znaczna ich część wyjechała jeszcze w 1945 r., jednak tych którzy pozostali, wysiedlano w latach 1946–47. Polacy i Niemcy znaleźli się więc w bardzo nietypowej sytuacji. Przedstawiciele narodów, które jeszcze niedawno walczyły ze sobą, byli zmuszeni wspólnie koegzystować, niejednokrotnie mieszkając pod jednym dachem. Co ciekawe, to właśnie Niemcy uczyli polskich osadników rybackiego fachu.

Część z nich zdecydowała się pozostać, bardzo wzbogacając lokalną społeczność. Takimi osobami był malarz, hrabia Eryk von Zedtwitz, oraz dwójka lekarzy, która bardzo przysłużyła się mieszkańcom Międzyzdrojów i okolic: Alfred Trost oraz Britta Wuttke.

Britta, urodzona w 1940 r., była niemieckim dzieckiem wychowującym się wśród przybyłych tu Polaków. Te niezwykłe doświadczenia opisała w książce „Homunculus z tryptyku”:

Halina woła za mną „Niemra!”. To słuchowo brzydkie. Wolę „Niemka” lub „Szwabka”. Krystyna, Luśka i chłopcy nie biorą w tym udziału. To dobrze bo ich lubię i byłoby to przykrzejsze. Sprawa ogranicza się jak gdyby do dziewcząt z Świerczewskiego, jest taka niby zaściankowa. Dziś tamte po lekcjach znowu na mnie czekały. Widzę je z daleka już chowając się za dębem. Nie, nie zawracam. Kiedyś uciekałam przez las – nie zrobię już tego. Nie do wiary, ale zajścia te sprawiają mi jakąś wręcz sadomasochoistyczną radość i jednocześnie boję się ich.

(…)

Ulice znam również podwójnie: na użytek domowy i zewnętrzny. Czasami w obecności mamy złośliwie się mylę i sprawia mi to uciechę w samym środku mojego ja. Babcia – szydełkując lub udając zaczytaną – przysłuchuje się temu z uśmiechem. Mama zaraz się żachnie, a potem będzie taktakowała.

Pewnego razu na dzikim zachodzie

Zaczęli przyjeżdżać na Zachód tutaj różni i kombinować, wywozić. Niemcy byli dosyć bogato wyposażeni i oni to wywozili. My nie mieliśmy nic, to jak zaczęli ci kombinatorzy przyjeżdżać, to im się to podobało, to tamto, a to zegar, a to lustro. No i mówili: „za to dostanie Pani kawał słoniny, czy kiełbasy, kilo cukru”.

(Pani Wenata)

Tu było pełno szabrowników, tu tak szabrowali, jak nie wiem. Niemcy myśleli, że Polacy – katolicy, to wzięli do kościoła na wieżę cały majątek. Myśleli, że nikt nie ruszy. A ci przyszli wszystko wzięli, zabrali. Mówię wam szabrowników było strasznie dużo. Przyjeżdżali z centralnej Polski i jak tak zobaczyli, że dom jest pusty, ale na łóżkach wszystko było, pierzyna, pościel… to potem pełno pierza latało. Wycinali i materiały tylko zabierali.

(Pan Marian)

W Lubinie to co się stało z fabryką cementu… Ona w 1946 r. jeszcze pracowała. Tam jeszcze Niemców nie wysiedlili, a już włazili szabrownicy. I to byli ludzie z Wojsk Ochrony Pogranicza, z milicji.

(dr Józef Pluciński)

Dopiero w 1958 r. roku osiem rodzin repatriantów tu przyjechało. A później jeszcze 2 rodziny przyjechały. A tak to tu byli wcześniej tylko szabrownicy. Mieli takie żelastwa i szukali tego szabru. Tu dużo szabru zakopali Niemcy…

(Pan Józef)

Wspomniane przez Pana Józefa żelastwa były długimi, zaostrzonymi szpikulcami osadzonymi na drewnianym kiju. We wspomnieniach osadników często pojawiał się właśnie opis tego przedmiotu. Szabrownicy wbijali go głęboko w ziemię. W ten sposób szukali oni ukrytych przez Niemców przedmiotów.

Brak funkcjonujących instytucji państwowych, swoiste bezprawie, które przeradzało się w prawo silniejszego, oraz bieda i chęć rewanżu na wszystkim co niemieckie. Stwarzało to warunki do rozwoju szabrownictwa. Ogromne znaczenie miało tu także poczucie niepewności odnośnie przyszłości – zarówno własnej, jak i tych ziem. Dlatego, dla tak wielu ludzi wszystko co znajdowało się na Archipelagu było przede wszystkim łatwym łupem.

Szaber stał się niezwykle istotnym zjawiskiem. Nie tylko przyczynił się do zrujnowania Archipelagu, ale był też istotnym elementem ówczesnej gospodarki. Zszabrowane przedmioty sprzedawano na targach w większych miastach. Dla wielu mieszkańców dochód ze sprzedaży tego rodzaju rzeczy stanowił główne źródło przychodów.

Szaber nie był zjawiskiem jednoznacznym. Trudno wyznaczyć tu wyraźne granice pomiędzy zwykłą kradzieżą, szabrem rozumianym jako przywłaszczenie cudzego mienia, a zdobywaniem środków niezbędnych do życia. Z naszych rozmów mogliśmy jednak wysnuć wniosek, że dla osadników plagą stojącą na przeszkodzie w budowie normalnego życia były bandy masowo grabiące wsie. Nawet jeśli grabiły tylko gospodarstwa pozornie niezamieszkałe. Natomiast najgorszym typem szabrowników byli ci, którzy żerowali na biedzie i niedostatku innych.

Wspólnota losów

Mój ojciec mówi do tego Niemca – weź plecak, wszystko co najlepsze i jedź. Ale nie mógł wziąć więcej niż 20 kilo, bo resztę by mu zabrali przed pociągiem. Zawiozłem ich do Dargobądzia. Tam ojciec dostał naganę, bo przywiózł tego Niemca na wozie, a nie można było. Niemiec wysiadł, ja wykręciłem, wróciliśmy do domu i tak się skończyło, Niemców wywieźli, a my w ich domach gospodarzyliśmy.

(Pan Stanisław)

Niemców wywożono grupami. O konieczności opuszczenia domu byli informowani krótko przed wyjazdem. Mogli zabrać ze sobą 20 kg dobytku. Część z nich decydowała się na wyjazd indywidualny, nie czekając na zorganizowaną akcję wysiedleńczą. Zdarzało się, że w wyjazdach Niemcom pomagali Polacy. Sąsiadując ze sobą przez kilka lub kilkanaście miesięcy zdążyli się dobrze poznać.

Możemy się tylko domyślać jak trudne dla Niemców musiało być opuszczenie domu. Wiązało się to z koniecznością pozostawienia dobytku całego swojego życia. Jerzy Pachlowski, szczeciński pisarz, zwrócił uwagę na podobieństwo sytuacji, w jakiej znaleźli się tutejsi Niemcy, z traumą jaką kilka tygodni wcześniej przeżyli przybywający na Pomorze Zachodnie Polacy z tzw. Kresów. Oni również dowiadywali się konieczności opuszczenia swych domów, w których ich rodziny mieszkały od wielu pokoleń, na krótki czas przed wyjazdem. Być może właśnie to podobieństwo losów spowodowało, że między dwiema grupami było więcej zrozumienia niż wrogości.


Zakończenie

Stworzenie wystawy nie byłoby możliwe bez zaangażowania najstarszych mieszkańców regionu. Serdecznie dziękujemy wszystkim naszym rozmówcom za poświęcony nam czas.

Zdjęcia zaprezentowane w ramach zadania pochodzą ze zbiorów:

  • Pani Janiny Bagrowskiej
  • Państwa Biszewskich
  • Państwa Kotwiców
  • Państwa Kowalskich
  • Pani Wenaty Piechoty
  • Pani Teresy Świderskiej
  • Pani Britty Wuttke
  • Pana Mariana Zycha

A także innych osób, które anonimowo zgodziły się na ich udostępnienie.

Centrum Inicjatyw Regionalnych i Międzynarodowych kontynuuje swoje działania polegające na odkrywaniu i promocji powojennej historii regionu. Jeśli znają Państwo ciekawe opowieści, posiadają zdjęcia lub inne pamiątki z powojennego okresu zasiedlania Pomorza Zachodniego zachęcamy do kontaktu: