Tonowe połowy

Brak połowów w czasie wojny spowodował, że na wodach oblewających Archipelag znacznie zwiększyła się ilość ryb. Pojawiły się znakomite warunki do rozwoju rybołówstwa. Tym bardziej, że żywności, zwłaszcza tej bogatej w białko, bardzo brakowało. Rybacy pamiętający pierwsze lata po wojnie wspominają niezmierną obfitość ówczesnych połowów: w Karsiborze zdawano do skupu około tony węgorza dziennie. Samego węgorza! Tak popularnego obecnie dorsza uznawano za rybę nie wartą rybackiego wysiłku.

Czytaj więcej…


Coraz częściej dowiadujemy się, że nad polskim morzem trudno o dobrą, świeżą rybę, złowioną chwilę wcześniej w Bałtyku. Podobne sytuacje po wojnie na terenie Archipelagu były trudne do wyobrażenia. W czasie wojny gospodarka rybacka – zarówno śródlądowa, jak i morska –  prawie w ogóle nie występowała na tych terenach. Nie dziwi więc ogromna ilość ryb żyjących po jej zakończeniu zarówno w Zalewie Szczecińskim, jak i w morzu oblewającym wyspy Archipelagu.

Pojawiły się doskonałe warunki do połowu ryb. Ogromne spółdzielnie rybackie, takie jak Certa, zaczęły przenosić swoje placówki na Archipelag. Mieszkańcy mogli łapać i sprzedawać ryby, zarabiając na tym spore pieniądze. Mięso było w okresie powojennym bardzo cennym towarem, na półkach sklepowych brakowało prawie wszystkiego, a ludzie musieli coś jeść.


Współcześni rybacy na Zalewie Szczecińskim

Mężczyźni, którzy rybaczyli w tamtym okresie często opowiadali nam o trudach wynikających z pracy na wodzie. Wielu z nich na starość doskwierają liczne urazy, które były wynikiem harówki na wodzie – często w bardzo trudnych warunkach atmosferycznych. Musimy pamiętać, że rybacy nie dysponowali w tamtym czasie specjalistyczną odzieżą goratexową, bielizną termoaktywną lub nieprzemakalnymi butami. Dostępne w tamtych czasach ubranie nie gwarantowało komfortowych warunków pracy. Nie pływali oni na nowoczesnych łódkach, nie dysponowali radarami, radiem ani nowoczesnym sprzętem rybackim. Dysponując tymi informacjami byliśmy pod jeszcze większym wrażeniem ilości łapanych po wojnie ryb w okolicach Archipelagu. Kilkaset kilogramów załapanego węgorza dziennie nie robiło na nikim wrażenia! Jak opowiadał nam jeden z najstarszych mieszkańców Karsiboru, Pan Pawlusiński:

Węgorza było dużo… jak ja rybaczyłem to 1 maja miałem 1360 kg, 2 maja 900 kg, 3 maja 700 kg. Jednego miesiąca my zdali ponad 13 ton ryby! A jeden handlarz przyjeżdżał wołgą i daliśmy mu 480 kg ryby. To auto aż było krzywe! Tam gdzie kierowca siedział na przodzie to wór 180 kg miał… A ten handlarz płacił nam 4 zł za kg. Wtedy inna ryba się nie liczyła tylko węgorz… Ryby było bardzo dużo…

Powrót do listy opowieści