Szaber

W ten sposób określa się bezprawne przywłaszczenie mienia porzuconego przez właściciela w czasie wojny lub kataklizmu. Warto zaznaczyć, że szabrowaniem nie można określać przejmowania poniemieckich domów czy mienia przez Polaków, ponieważ działania te odbywały się zgodnie z ówczesnym prawem. Mieszkańcy Archipelagu po wojnie często spotykali się zza to z szabrownikami, którzy przyjeżdżali na Wyspy z różnych części Polski, tylko po to, by ukraść jak najwięcej wartościowych przedmiotów i wywieźć je na sprzedaż. Działania te szkodziły osadnikom i niszczyły kulturę materialną regionu, były jednak zjawiskiem trudnym do wyrugowania z rzeczywistości „polskiego Dzikiego Zachodu”. Należy dodać, że szabrowaniem nazywano również poszukiwanie zakopanych przez Niemców drogocennych przedmiotów.

Czytaj więcej…


Motyw szabru był jednym z najczęściej pojawiających się wspomnień naszych rozmówców. Określenie to jest wieloznaczne. W potocznym języku określa się tak zarówno czynności (poszukiwanie ukrytych, cennych przedmiotów lub rozkradanie domów) jak i przedmioty (znalezione lub ukradzione). Można powiedzieć, że ludzie „zajmowali się szabrem” lub „szabrowali”, czy też, że „w tym czasie powszechny był szaber” – w tych wypadkach mówimy o czynności. Z drugiej strony, mówi się też, że „znaleziono duży szaber”, czyli wiele wartościowych rzeczy.

Wieloznaczność określenia nie polega jedynie na zastosowaniu go jako czasownika i rzeczownika jednocześnie. Mianem szabru określa się również potocznie czynności nie mające ze sobą wiele wspólnego. Czym innym jest przecież poszukiwanie w lasach, czy na wyspach drogocennych przedmiotów, a czym innym rabunkowe rozkradanie, którego celem jest jak najszybsze i najłatwiejsze wzbogacenie się kosztem innych. Pierwsze ze zjawisk pod hasłem nawiązującym do mitycznych poszukiwań skarbu. Drugim zajmiemy się szerzej tutaj.

Przytoczmy opowieść jednej z mieszkanek Lubina, Pani Wenaty:

Zaczęli przyjeżdżać na Zachód tutaj różni i kombinować, wywozić. Niemcy byli dosyć bogato wyposażeni i oni to wywozili. My nie mieliśmy nic, to jak zaczęli ci kombinatorzy przyjeżdżać, to im się to podobało, to tamto, a to zegar, a to lustro. No i mówili: „za to dostanie Pani kawał słoniny, czy kiełbasy, kilo cukru”.

W tej opowieści wyraźnie widoczny jest problem wykorzystywania nieszczęścia innych. „Kombinatorzy” żerowali na nieszczęściu osadników, by za niewielką ilość pożywienia „odkupić” drogocenne przedmioty.

Pan Marian z Ładzina, podkreślał również skalę i bezwzględność szabrownictwa:

Tu było pełno szabrowników, tu tak szabrowali, jak nie wiem. Niemcy myśleli, że Polacy – katolicy, to wzięli do kościoła na wieżę cały majątek. Myśleli, że nikt nie ruszy. A ci przyszli wszystko wzięli, zabrali. Mówię wam szabrowników było strasznie dużo. Przyjeżdżali z centralnej Polski i jak tak  zobaczyli, że dom jest pusty, ale na łóżkach wszystko było, pierzyna, pościel…  to potem pełno pierza latało. Wycinali i materiały tylko zabierali.

Świnoujski historyk, dr Józef Pluciński zwracał nam uwagę, że szabrowali również przedstawiciele organów władzy, którzy często jako pierwsi pojawiali się na tych terenach:

W Lubinie to co się stało z fabryką cementu… Ona w 1946 r. jeszcze pracowała. Tam jeszcze Niemców nie wysiedlili, a już włazili szabrownicy. I to byli ludzie z Wojsk Ochrony Pogranicza, z milicji.


Ruiny cementowni w Lubinie

Z zasłyszanych przez nas wspomnień wynika, że szabrownicy towarzyszyli życiu osadników przez kilka lub kilkanaście pierwszych miesięcy. Często jednak to właśnie szabrownicy pojawiali się w danej miejscowości jako pierwsi. Opowiada mieszkaniec Karsiboru Pan Jan, w pierwszych latach po wojnie żołnierz:

Dopiero w 1958 r. roku osiem rodzin repatriantów tu przyjechało. A później jeszcze 2 rodziny przyjechały. A tak to tu byli wcześniej tylko szabrownicy. Mieli takie żelastwa i szukali tego szabru. Tu dużo szabru zakopali Niemcy…

Z jego opowieści wynika, że w niektórych przypadkach Niemcy próbowali odzyskać część ukrytych przez siebie przedmiotów. Wynikały z tego trudne sytuacje.

Przed tym jeszcze to przyjechali Niemcy i wykopywali.. to my złapali przecież Niemców… I później my ich trzymali i na morzu było spotkanie i ich zabrali. To było w 1952 albo 1953 roku. Niemcy wiedzieli gdzie było co pochowane…

Zjawisko szabru przeanalizowała również Beata Halicka w swej książce „Polski Dziki Zachód. Przymusowe migracje i kulturowe oswajanie Nadodrza” (Kraków 2015: 220). Szabrowników określa ona jako:

Grabieżców i złodziei, którzy wykorzystali chaos panujący na „Polskim Dzikim Zachodzie” w celu wzbogacenia się. Pojawili się w Nadodrzu praktycznie razem z frontem, często jeszcze przed kadrą urzędnicza. Wielu z nich pochodziło z Polski centralnej lub z sąsiednich regionów, później dołączyli do nich liczni Polacy z Kresów (…) Ale w szabrujących bandach można było znaleźć również ludzi innych narodowości, przede wszystkim byłych radzieckich robotników przymusowych oraz Niemców. Określano ich ogólnie mianem „Rosjan” ponieważ przeważnie nosili stare radzieckie mundury (…) Szabrowników, którzy nie nosili mundurów Armii Czerwonej i mówili po polsku, trudno było odróżnić od prawdziwych osadników, ponieważ często meldowali się w urzędach jako osadnicy.

Jak się okazuje, szaber miał często charakter prawie formalny, a na pewno był dobrze zorganizowany. Halicka przywołuje wspomnienia urzędniczki do spraw osadnictwa ze Szczecina, Ireny Szydłowskiej, która opisywała miejscowość Nowe Warpno, znajdującą się po przeciwnej stronie Zalewu Szczecińskiego. Szydłowska pisała:

Swoistym okazem „Dzikiego Zachodu” było Nowe Warpno – przed wojną bardzo zamożne miasteczko, pełne jeszcze wtedy Niemców. Wobec tego, że leży ono na samej granicy wszechwładnym panem był tu WOP (Wojska Ochrony Pogranicza). Wopiści ustalili godzinę policyjną na 17.00. Po tej godzinie nie tylko ludność niemiecka i nieliczni jeszcze osadnicy polscy, ale i milicjanci nie mieli prawa pokazywać się na ulicy (…) Potem opowiadano mi w Nowym Warpnie, że wszelacy dostojnicy nie tylko ze Szczecina, ale i z Warszawy, wywozili pełne ciężarówki mebli, dywanów, sprzętów  domowych i różnych niemieckich „objects d’art”, właśnie z tego odległego miasteczka, w którym nie było innej kontroli niż WOP. Już wiedziałam po co była godzina policyjna.

Brak funkcjonujących instytucji państwowych, swoiste bezprawie, które przeradzało się w prawo silniejszego oraz bieda i chęć rewanżu na wszystkim co niemieckie. To wszystko stwarzało warunki do rozwoju szabrownictwa. Ogromne znaczenie miało tu także poczucie niepewności odnośnie przyszłości – zarówno własnej, jak i tych ziem.  Zastanawiano się, jak długo regiony te pozostaną w granicach państwa polskiego, stan obecny traktowano jako przejściowy. Dlatego, dla tak wielu ludzi wszystko co znajdowało się na Archipelagu i całym polskim Dzikim Zachodzie, było przede wszystkim łatwym łupem.


Szaber stał się niezwykle ważnym zjawiskiem społecznym. Nie tylko przyczynił się do zrujnowania Archipelagu, ale był też istotnym elementem ówczesnej gospodarki. Zszabrowane przedmioty sprzedawano na targach w większych miastach, co zaspokajało powojenne zapotrzebowanie na liczne dobra. Obecnie nazwalibyśmy to szarą strefą, czy też obrotem nielegalnym towarem, jednak w tamtych czasach, granica pomiędzy tym co legalne a nielegalne, była bardzo płynna.

Jak już wielokrotnie wspominaliśmy, szaber nie był zjawiskiem jednoznacznym. Trudno wyznaczyć tu wyraźne granice pomiędzy zwykłą kradzieżą, szabrem rozumianym jako przywłaszczenie cudzego mienia, a zdobywaniem środków niezbędnych do życia. Z naszych rozmów mogliśmy jednak wysnuć wniosek, że dla osadników plagą stojącą na przeszkodzie w budowie normalnego życia były bandy masowo grabiące wsie. Nawet jeśli grabiły tylko gospodarstwa pozornie niezamieszkałe. Natomiast najgorszym typem szabrowników byli ci, którzy żerowali na biedzie i niedostatku innych.

Powrót do listy opowieści