Pożegnanie z Wyspą

Gdy pierwsi osadnicy przybyli na Archipelag, większość miejscowości wciąż była zamieszkana przez Niemców. Znaczna ich część wyjechała jeszcze w 1945 r., jednak tych którzy pozostali, wysiedlano w latach 1946–47. Niemców wywożono grupami. O konieczności opuszczenia domu byli oni informowani  na krótki czas przed wyjazdem. Mogli zabrać ze sobą 20 kg dobytku. Część z nich decydowała się na wyjazd indywidualny, nie czekając na zorganizowaną akcję wysiedleńczą. Zdarzało się, że w wyjazdach Niemcom pomagali Polacy. Sąsiadując ze sobą przez kilka lub kilkanaście miesięcy przedstawiciele dwóch narodów zdążyli się dobrze poznać.

Czytaj więcej…


Pierwsi osadnicy, którzy przybyli na Archipelag mieli kontakt z wciąż pozostającymi na ziemiach zachodniego pomorza obywatelami Niemiec. Wyjazdy tych ostatnich były procesem, który chociaż był bardzo dynamiczny, trwał od zakończenia wojny, aż do około roku 1947. Warto jednak zauważyć, że część przedwojennych mieszkańców Archipelagu została w swoich rodzinnych domach, nie wyjeżdżając do swojej ojczyzny.

Możemy się tylko domyślać jak trudna dla Niemców musiała być konieczność opuszczenia domu. Decyzja ta – często przymusowa – wiązała się z koniecznością opuszczenia dobytku całego swojego życia, który w większości przechodził ręce polskich rodzin. Pożegnanie z wyspą było więc często dla przedwojennych mieszkańców Archipelagu dużą tragedią, bezpowrotnie odwracającą życie wielu niemieckich rodzin.

Gdy o tym myślimy, to z ogromną siła uderza nas podobieństwo sytuacji w jakiej znaleźli się tutejsi Niemcy, z traumą jaką kilka tygodni wcześniej przeżyli przybywający na Archipelag Polacy z „Kresów”. Oni również dowiadywali się konieczności opuszczenia swych domów – w których ich rodziny często mieszkały od wielu pokoleń – na krótki czas przed wyjazdem. Oni również mogli zabrać niewiele, a czekała ich podróż w nieznane.


Recław był stacją, z której wysiedlani Niemcy rozpoczynali swą podróż

Osoby, z którymi rozmawialiśmy często podkreślały przyjazne relacje, które występowały między Niemcami, a Polakami, pomimo trudnej pamięci o wydarzeniach wojennych. Pan Stanisław z Mokrzycy opowiadał nam o sytuacji, w której jego ojciec pomagał jednemu z Niemców opuścić wyspę:

Mój ojciec mówi – do tego Niemca – weź plecak, wszystko co najlepsze i jedź. Ale nie mógł wziąć więcej niż 20 kilo, bo resztę by mu zabrali przed pociągiem. Zawiozłem ich do Dargobądzia. Tam ojciec dostał naganę, bo przywiózł tego Niemca na wozie, a nie można było. Niemiec wysiadł, ja wykręciłem, wróciliśmy do domu i tak się skończyło, Niemców wywieźli, a my na w ich domach gospodarzyliśmy.

Podobieństwo losów obu grup przesiedleńców zaowocowało prawdopodobnie brakiem wrogości i wzajemnym zrozumieniem.

Powrót do listy opowieści