Papiery na złotą rybkę

W czasie II wojny światowej na wodach Zalewu Szczecińskiego i na całym rozlewisku Odry rybołówstwo nie funkcjonowało. W związku z tym, po wojnie wody te były niezwykle bogate w ryby. Należy zauważyć, że na Archipelagu w tym czasie wyraźnie brakowało żywności. Rybołówstwo było więc zarówno szansą na zaspokojenie potrzeb żywnościowych oraz umożliwiało rozwój gospodarczy regionu, oznaczający wzbogacenie się jego mieszkańców. Problemem był jednak brak znajomości rybackiego fachu u większości osadników, a także ograniczenia administracyjne. Wody oblewające Archipelag były wodami przygranicznymi. Uzyskanie pozwolenia na rybaczenie wymagało zgody Urzędu Powiatowego, Milicji i Urzędu Bezpieczeństwa. Nie trudno domyślić się, że taki „papier”, był rzeczą niezwykle cenną. W pierwszych latach po wojnie braki w wiedzy dotyczącej połowu ryb rozwiązywano zatrudniając pozostałych na miejscu Niemców, którzy wykonywali pracę dla osoby, legitymującej się rybackim pozwoleniem.

Czytaj więcej…


Nowa gospodarka dopiero zaczynała się tworzyć. Na efekty pracy rolników trzeba było czekać przynajmniej kilka miesięcy. W dostawach brakowało prawie wszystkiego, a tymczasem ludzi przybywało coraz więcej. Naturalnym sposobem, by ich wyżywić, było więc sięgnięcie po ogromne zasoby ryb dostępnych w wodach oblewających Archipelag.

Z drugiej strony, Archipelag był regionem o ogromnym znaczeniu strategicznym – na granicy państwa, w newralgicznym miejscu, jakim było ujście Odry. W powojennej, PRL-owskiej rzeczywistości, możliwość swobodnego pływania po przygranicznych wodach była z punktu widzenia władz państwa zagrożeniem. Dlatego pozwolenie na rybołówstwo wiązało się z dodatkowymi obostrzeniami. By móc je uzyskać należało otrzymać pozwolenie z Urzędu Powiatowego, Milicji i Urzędu Bezpieczeństwa.


Przedwojenne, niemieckie rybołówstwo nad Zalewem Szczecińskim. Na fotografii suszące się żaki.

Powyższe warunki powodowały, że rybaczenie stało się niezwykle atrakcyjnym zajęciem: zapotrzebowanie na ryby ogromne, podaż „surowca” również, a do tego ograniczona liczba konkurentów. Nic dziwnego, że uzyskanie zezwolenia na rybołówstwo uważano, za niezwykle cenne. Co więcej, robiono wszystko, by tego pozwolenia nie utracić. A jak widać wystarczyło „podpaść” Milicji lub UB, by pożegnać się z dochodowym zajęciem.


Żaki nad Zalewem Szczecińskim (współczesność)

Osadnicy mieli jeszcze jeden problem – większość z nich nie miała pojęcia o rybołóstwie! Tymczasem mieszkający tu Niemcy, dobrze znający okoliczne wody i rybacki fach, nie mogli samodzielnie łowić – uniemożliwiały im to przepisy graniczne. Dość często radzono sobie w ten sposób, że Polak, który zdobył odpowiednie pozwolenie, zatrudniał jednego lub dwóch Niemców, którzy stawali się jego pracownikami, a często również nauczycielami.

(Na podstawie rozmowy z dr J. Plucińskim, byłym dyrektorem Muzeum Rybołówstwa w Świnoujściu).

Powrót do listy opowieści