Ojcowizna ponad wszystko

Do 1947 roku z Archipelagu wysiedlono prawie wszystkich Niemców. Wyjątkiem byli tak zwani „specjaliści” pracujący pod nadzorem Armii Radzieckiej oraz nieliczne wyjątki osób, które zdecydowały się zostać pomimo zmiany granic. Sposobem na pozostanie było uzyskanie statusu autochtona, małżeństwo z polskim obywatelem lub uzyskanie specjalnego pozwolenia na pobyt. Przykładem takich osób są Międzyzdrojanie: malarz, hrabia Eryk von Zedtwitz, oraz lekarze znani z poświęcenia dla lokalnej społeczności – Alfred Trost i  Britta Wuttke, która jest również cenioną pisarką.

Czytaj więcej…


Bez większego wahania możemy stwierdzić, że najstarsi mieszkańcy Archipelagu w większości ciepło wspominają Niemców, którzy zdecydowali się tu pozostać.  Dobrym przykładem może być Pani Herta z Lubina, która zaraz po wojnie wyszła za mąż za byłego żołnierza, który przybył do wioski jako jeden z pierwszych polskich osadników. Pani Herta mieszkała w Lubinie do początku lat dwutysięcznych, „na stare lata” przeniosła się do Wolina. Dla mieszkańców wioski była przede wszystkim jedną z nich. Kobietą, która tak jak oni znosiła trudy pierwszych lat po wojnie (zob. Nowy trudny świat), a potem przez lata angażowała się w życie społeczności.

Wśród pozostałych Niemców wielu było też rybaków, którzy uczyli polskich osadników tego trudnego fachu, umożliwiając zaspokojenie potrzeb żywnościowych. Szczególne miejsce w pamięci mieszkańców zajmuje jednak trójka Międzyzdrojan: Eryk von Zedtwitz, Alferd Torst i Britta Wuttke. Cała trójka została upamiętniona przez współczesne władze miasta.

Tytuł Honorowego Obywatela Międzyzdrojów przyznano Brittcie Wuttke w maju 2010 r. Laudacje przy tej okazji wygłosił prezes Zachodniopomorskiego Związku Literatów, prof. Andrzej Sulikowski:

Szanowna Rado! W imieniu Związku Literatów Polskich chciałbym serdecznie podziękować za to, że przyznajecie takie wyróżnienie osobie, dla środowiska zachodniopomorskich literatów, zupełnie niezwykłej. Legenda Pani Wuttke żyje ciągle. Kiedy przybyłem tu z Krakowa w 1995 r. już o niej słyszałem.

Dalej profesor Sulikowski nawiązał do tematu polsko-niemieckiego pojednania:

Problem odbudowy dwustronnych kontaktów od lat leżał mi na sercu. Teraz do nas dochodzi, że także po stronie niemieckiej byli ludzie skrzywdzeni przez faszyzm. Uważam, że Międzyzdroje budują ważny most pomiędzy kulturą polską i niemiecką. Jest to śmiała decyzja rady… ja sam jako krakowianin myślałem czy Kraków mógłby podjąć taką decyzję? Wątpię! W Krakowie by to nie przeszło!

Goethe mówił, że istnieją jednostki, które niosą w sobie światło.

Są postaci słoneczne, gdy takich spotykam wiem, że oświetlają drogę mojej twórczości – przywoływał niemieckiego poetę profesor. – I kimś takim w naszym stuleci jest Pani Wuttke. Jest słońcem oświetlającym te bardzo bolesne sprawy. Sprawy kultury zamordowanej, zniszczonej i potem z trudem budującej się kultury polskiej.

Kim jest Britta Wuttke? Ta słoneczna postać, która ma mieć tak duże znaczenie dla polsko-niemieckiego dialogu?


Britta Wuttke w latach siedemdziesiątych

Pomorze zachodnie, Międzyzdroje na wyspie Wolin, rok 1945. Mieszkający tu Niemcy muszą opuścić swoje domy. Przybywają Polacy i radzieccy żołnierze. Jednak nie wszyscy Niemcy decydują się na emigrację. Są rodziny, które postanawiają pozostać i w takiej właśnie rodzinie „budzi się” Britta Wuttke. Urodziła się pięć lat wcześniej, ale jak mówi sama, właśnie wtedy dokonała „skoku w świadomość”.

Mama stwierdziła, że wkrótce wrócą nasi to zostaliśmy i czekaliśmy, aż wrócą. Bylibyśmy wtedy wysiedleni, ale decyzja należała do Pana B., którego ojciec chlał i palił papierosy z moim dziadkiem… dzięki temu mogliśmy zostać. Ja natychmiast postanowiłam, że jak będę dorosła to będę wódkę pila i paliła, żeby moich wnuków nie wysiedlili – opowiada Britta.

Debiut literacki Britty to autobiograficzna powieść „Homunculus z tryptyku”.  Narratorką jest dziewczynka, później już dziewczyna i dorosła kobieta wychowana w dwu językach, w dwu kulturach, zbuntowana przeciw mieszczańskiej tradycji moralnej, przeciw niemieckiej przeszłości. Wrastająca w polskość nie bez wstrząsów i rozczarowań – jak napisze w przedmowie do powieści Witold Nawrocki.

Britta mówi o sobie, że jest Polką z wyboru, a uderzyło ją to w wieku 17 lat, kiedy pierwszy raz odwiedziła Berlin.

W domu mówiłam po niemiecku, na zewnątrz po polsku. Furtka była granicą. Polacy mówili, że Niemcy są źli, mama mówiła, że Polacy są źli. Ta biegunowość!

Wychowana pomiędzy dwoma biegunami, polskim i niemieckim, musiała połączyć je w sobie. Jak zauważył przyjaciel Britty, szczeciński pisarz Jerzy Pachlowski, warkocz z którego jest zbudowana składa się z dwóch kłosów. Trzecim, niewidocznym, który umożliwił powstanie tego warkocza była babcia. Kobieta, która odnajdywała się w tej wieży Babel, jaką było powojenne pomoże zachodnie. Kobieta, którą lubili i szanowali zarówno Niemcy jak i Polacy, a także Rosjanie.

Ulice znam również podwójnie: na użytek domowy i zewnętrzny. Czasami w obecności mamy złośliwie się mylę i sprawia mi to uciechę w samym środku mojego ja. Babcia – szydełkując lub udając zaczytaną – przysłuchuje się temu z uśmiechem. Mama zaraz się żachnie, a potem będzie taktakowała.

(fragment powieści B. Wuttke, „Homnculus z Tryptyku”, Poznań 1980)

Obecnie mieszka w Berlinie. Jest cenioną lekarką. Zajmuje się medycyną naturalną, medycyną wschodu. Uczy akupunktury. Była redaktorem naczelnym polsko-niemieckiego periodyku literackiego „Wir”. Jako pisarka ceniona jest po obu stronach Odry. Zafascynowana językiem, który stwarza nasz świat. A gdy jest się dwujęzycznym? Świat jest szerszy! Dwujęzyczność będąca jednojęzycznością to wspaniała przygoda! Te dwa bieguny, które łączy w sobie mają również językowy wyraz. Po niemiecku bieguny to „die Polen”.

Kiedyś Ciocia pokazywała mi na globusie bieguny. Wracam do domu w furtce stoi moja mama z panią Schwarz. „Frau Wuttke haben się Geschwirigkeit mit dem Polen?” pyta pani Schwarz. Czy pani również ma problemy z biegunami? Jak można mieć problemy z biegunami, przecież to takie proste – pomyślałam. Do głowy mi wtedy nie przyszło że chodzi o Polaków.

Niezrozumienie świata niemieckiego towarzyszy jej od początku.  Nie rozumie dlaczego w domu mówią coś innego niż wszyscy dookoła. Nie  może pojąć tego wszystkiego co wydarzyło się przed „skokiem w świadomość”.

Pan kierownik ma z nami lekcję, podczas której opowiada o zbrodniach hitlerowskich: o obozach łapankach, gettach, rozstrzeliwaniach, o mydle, włosach i doświadczeniach (…) Zrozpaczona – czy może mi kiedyś być jeszcze gorzej? – powtarzam w domu zasłyszane .

– Przesada – przeciąga tata „a”.

– Czy myślisz, że zostałabym tu z tobą gdybym była wiedziała? To nie może być prawdą.

– A jednak to „nasi” mamo! To „nasi”.

Czy trudno im będzie wyrzec się swoich? Powinni to przecież na chwile zrobić. Tyle mam dla nich litości i dużych uczuć, chciałabym im ułatwić. Też są ofiarami Brzucha, gwałtu popartego chrztem i wychowaniem…

(B. Wuttke, „Homnculus z Tryptyku”)

Problem z określeniem słowa „nasi”. Do jakiego „My”może się dopasować? Polskie okreslenie „Niemcy” to „nie my” – czyli „oni”. Nie żadni niemi. Przecież włosi też są dla nas niemi – powtarza często. A więc po której być stronie? A właściwie co oznacza być Niemcem zaraz po wojnie?

Halina woła za mną „Niemra!”. To słuchowo brzydkie. Wolę „Niemka” lub „Szwabka”. Krystyna, Luśka i chłopcy nie biorą w tym udziału. To dobrze bo ich lubię i byłoby to przykrzejsze. Sprawa ogranicza się jak gdyby do dziewcząt z Świerczewskiego, jest taka niby zaściankowa. Dziś tamte po lekcjach znowu na mnie czekały. Widzę je z daleka już chowając się za dębem. Nie, nie zawracam. Kiedyś uciekałam przez las – nie zrobię już tego. Nie do wiary, ale zajścia te sprawiają mi jakąś wręcz sadomasochoistyczną radość i jednocześnie boję się ich.

(B. Wuttke, „Homnculus z Tryptyku”)

Britta odnalazła siebie w niesieniu pomocy innym. Po skończeniu studiów medycznych powróciła do Międzyzdrojów. Leczyła ludzi – często za darmo. Swoją pieczą objęła najbiedniejsze rodziny. Na uroczystość wręczenia tytułu Honorowego Obywatela przychodzili ludzie z bukietami kwiatów. Pani doktor uratowała mi życie! – mówili. Jej miłością stał się Dom Dziecka w Lubinie, małej wiosce niedaleko Międzyzdrojów. Pomagała jako lekarz i szybko stała się częścią Domu. Przyjacielem wychowanków i opiekunów. Ta miłość trwa do dziś. Ten Dom istnieje! Naprawdę istnieje… Tu jest także i mój Azyl! – mówi.

W 1981 r wyjechała na kilka dni do Berlina. W czasie tego wyjazdu w Polsce wybuchł stan wojenny. Stała się jeszcze inna tragedia. W wyniku pożaru zniszczony został rodzinny dom Britty. Postanowiła zostać w Berlinie. Jednak cały czas była bliska swych rodzinnych stron. Organizowała pomoc materialną dla Domu Dziecka i biednych rodzin z okolic.

Leczy, pisze. Pełna energii uwielbia opowiadać historie, dyskutować. Mówi, że trzeba akceptować ludzi takimi jacy są. Najważniejsze to szanować się nawzajem. Ale złości się na świat:

My wszyscy jesteśmy jak zahipnotyzowani. Stary człowiek MUSI być chory, musi nawalać. A dziecko jest głupie i trzeba je wychować. Dawniej była Biblia i to co ksiądz mówił na kazaniu. A teraz są naukowcy. I nie daj Boże zacząć jakieś zdanie bez „naukowcy stwierdzili…” To nic, że za dziesięć lat to się zmieni bo naukowcy stwierdza coś innego. I to też jest hipnoza.


Britta Wuttke dziś

Uwielbia dzieci. Mówi, że trzeba czerpać z ich mądrości. A także z mądrości ludowej, przestrzegać obyczajów, pamiętać o nich. Nie dać się ponieść naukowemu szałowi. Nie budujmy samolotu jeśli nie mamy lądowiska! Zwierząt nie je. Niczego do czego można się przytulić. Opowiada:

Gdy byłam mała robiłam kurom wykłady. Siedziały i słuchały. A potem mama mi zabroniła bo przestały się nieść. Teraz wiem, że je hipnotyzowałem. Ale to nie zmienia faktu, że nie mogłabym zjadać swoich uczniów!

Rozwijając w sobie polskość, trafiła jednak do Niemiec. Na szczęście w tych czasach jedno nie wyklucza drugiego. Dialog polsko-niemiecki? Najważniejszy jest szacunek i poznanie się nawzajem. Ta biegunowość to samograj. Skoro my, Niemcy jesteśmy porządni, to Polacy muszą być nieporządni. Skoro my, Polacy, jesteśmy szlachetni, to Niemcy muszą być podli. Pani Wuttke jest słońcem oświetlającym te bolesne sprawy.  I łączącym bieguny.

(Artykuł poświęcony Brittcie Wuttke autorstwa P. Oleksego pierwotnie został opublikowany w magazynie Polki w Świecie.)

W swej książce Btitta Wuttke wspomina hrabiego Eryk von Zedtwitza, który zasłynął jako malarz uwieczniający na płótnach najróżniejsze oblicza Morza Bałtyckiego. Zedtwitz był naturszczykiem i samoukiem – malarstwa nie uczył się w żadnej ze szkół. Jego obrazy zachwycały jednak jemu współczesnych i poruszały wyobraźnię następnych pokoleń. Hrabia sprowadził się do Międzyzdrojów w 1926 r. Miał wtedy już 39 lat, żonę, trójkę dzieci, a za sobą bogatą karierę w dyplomacji.

Ród von Zedtwitzów był spokrewniony z książętami bawarskimi i saksońskimi, a nawet dynastią Habsburgów. Eryk urodził się w 1887 r. w mieście Teplitz w Czechach. Studiował prawo na Uniwersytecie w Pradze i Wiedniu, po czym rozpoczął pracę w niemieckiej i włoskiej dyplomacji. Podobno znał dziesięć języków, jego pochodzenie i wykształcenie czyniły go prawdziwym obywatelem przedwojennej Europy. Po jakimś czasie osiadł w Monachium, gdzie pracował jako dziennikarz. Rozwój niemieckiego nazizmu sprawił jednak, ze ten kosmopolita i pacyfista coraz gorzej czuł się w stolicy Bawarii. Postanowił wyjechać na prowincję, do odległych Międzyzdrojów, w których piękno przyrody obudziło jego duszę artysty. Malarstwo stało się sensem jego życia i źródłem utrzymania.

W czasie wojny hrabia von Zedtwitz został osadzony w obozie pracy w Wałczu. Bezpośrednim  powodem zesłania była odmowa wznoszenia okrzyku „Heil Hitler!”. O tym, że hrabia jest przeciwnikiem nazizmu wiedzieli wszyscy, z pisemnych relacji z tamtych czasów wynika, że pomagał on również Żydom.


Dom, w którym mieszkał hrabia Eryk von Zedtwitz

Po wojnie Zedtwitz przyjął polskie obywatelstwo. Był niezwykle barwną postacią, wzbogacającą kulturalny i społeczny obraz ówczesnych Międzyzdrojów. Zedtwitzowie nie żyli zbyt bogato, można wręcz powiedzieć, że klepali biedę. Nie były to czasy, w których malarstwo mogło przynieść większy dochód. Dla hrabiego najważniejsze było jednak, że może żyć spokojnie w pobliżu morza, które tak go fascynowało i w otoczeniu sztalug i pędzli, które tak pokochał. I nikt już nie kazał mu wznosić okrzyków, na które nie miał ochoty.

Międzyzdroje – miasto, które hrabia pokochał – doceniły jego dziedzictwo. W czerwcu 2012 r., w Parku Chopina odsłonięto pamiątkową tablicę poświęconą Erykowi von Zedtwitzowi, któremu nadano również tytuł „Zasłużonego dla Międzyzdrojów”.

Ten sam tytuł przyznano również doktorowi Alferdowi Trostowi, który w latach 1945-46 był jedynym lekarzem w Międzyzdrojach. Również on doczekał się pamiątkowej tablicy, którą można znaleźć na skwerze przy Domu Turysty.

Mieszkańcy miasta wspominali, że Trost leczył z poświęceniem – nie był tylko lekarzem, ale i prawdziwym humanistą niosącym pomoc każdemu. Britta Wuttke, która również pod jego wpływem wybrała studia medyczne wspomina:

Mówiąc o Troście, każdy, nieważne Polak i Niemiec, zaczynał od słów: „O! To był lekarz!”.

Do legendy przeszła historia o tym, jak doktor Trost z lekarską torbą w ręku skakał po krach na zamarzniętej Świnie, by nieść pomoc mieszkance Świnoujścia. W mieście odciętym od świata przez lód nie było wtedy lekarza. Mieszkańcy Świnoujścia stojąc na dwóch brzegach Świny z drżeniem serca obserwowali jako leciwy już doktor pokonuje niebezpieczną drogę.

Historia Alfreda Trosta jest tyle piękna, co tragiczna. Jego żona i córka padły ofiarą radzieckich żołnierzy. Pierwsza popełniła po tym samobójstwo, druga ciężko zachorowała.

Powrót do listy opowieści