Mój jest ten kawałek podłogi

Pierwsi osadnicy przybywający na Archipelag mieli ogromną swobodę w wyborze miejsca zamieszkania – zarówno jeśli chodzi o miejscowość, jak i domostwo. Zajmując określone domy kierowali się własnymi upodobaniami, stanem domu oraz tym, jakie plany mieli na przyszłość. Do swojego gospodarstwa mogli oni przyłączyć duży areał ziemi, o którego wielkości często sami decydowali. Jak wyglądało zajmowanie domów? Najczęściej wystarczyło powiesić na nim polską flagę, lub po prostu kartkę z napisem „zajęte”. Formalności dopełniano później.

Czytaj więcej…


Przyjeżdżając na tereny Archipelagu osadnicy w pierwszej kolejności musieli zadecydować, w którym miasteczku lub wsi będą mieszkać. Wybór, w niektórych przypadkach, nie był motywowany racjonalnymi przesłankami, opierał się na przypadku. Rodziny, które świadomie decydowały się na zamieszkanie w konkretnej miejscowości robiły to z uwagi na dostępność wody – w przypadku osób, które umiały rybaczyć, lub sąsiedztwo pól, jeśli były to rodziny rolnicze. Zwracano również uwagę na pozostawiony przez Niemców inwentarz. Dobrze oddają to słowa Pana Mariana, jednego z najstarszych mieszkańców Ładzina:

Moim zdaniem to tak było: kto co chciał robić. Bo były krowy. Były świnie. Koni nie było. Ale jak chciał mieć gospodarstwo to zajmował. Jak zobaczył, że są stodoły, że można gospodarzyć. My mieliśmy komórkę na drzewo, to wszystko. Ale jak był gospodarzem i chciał gospodarzyć to zobaczył, ze są stodoły, obory, to zostawał tam.

W niektórych przypadkach na tereny wysp Wolin, Uznam, Karsibór przyjeżdżała tylko część rodzin. Następnie, po znalezieniu odpowiedniego miejsca do życia, ściągano swoich najbliższych do nowego domu.

Łatwo się domyślić, że najlepsze domy i tereny zajmowane były jako pierwsze. Z uwagi na trudności administracyjne, a także w związku z dużym zainteresowaniem  poszczególnymi domostwami nowi lokatorzy musieli oznaczać zajęte posiadłości. Robili to wieszając na domu biało-czerwoną flagę lub pisząc zwykłą kartkę na drzwiach: „zajęte”. Po wstępnym zarezerwowaniu domu osadnicy jechali do ówczesnego centrum administracji, aby dokonać oficjalnego zajęcia posiadłości. O takim wydarzeniu opowiadała nam Pani Jadwiga z Lubina:

Pamiętam, przyszliśmy patrzeć na drzwi, gdzie można sobie zająć mieszkanie i mieszkać. W Dargobądziu był taki Pan, który zarządzał. Przyjechał do niego mój mąż i mówi mam kwitek… A ja mówię, na co ci ten kwitek, on nic nie da… A on mówi, że dzięki temu kwitkowi możemy sobie zająć mieszkanie które chcemy.

Powrót do listy opowieści