Migracyjny kolaż

Pod względem pochodzenia wyspiarscy osadnicy nie stanowili jednolitej grupy. Na tereny Archipelagu przybywali ludzie z różnych regionów kraju, przedstawiciele różnych profesji i warstw społecznych. Około 30% przybyłych stanowili mieszkańcy tak zwanych Kresów Wschodnich, czyli terenów obecnej Białorusi, Litwy i Ukrainy. Liczną grupę stanowili Wielkopolanie, a także Warszawiacy, którzy po zniszczeniu stolicy szukali bezpiecznego miejsca na ziemi. Archipelag stał się miejscem gdzie spotykały się i mieszały różne gwary, tradycje, obyczaje i przekonania. Nowego życia musieli się tu nauczyć ludzie przyzwyczajeni do funkcjonowania w zupełnie innym środowisku.

Czytaj więcej…


Archipelag stał się miejscem spotkania ludzi z najróżniejszych stron kraju. Najliczniejszą grupę stanowili Wielkopolanie oraz mieszkańcy Polski Centralnej. Po tragedii Powstania, swojego miejsca na nowo przyłączonych ziemiach szukało wielu Warszawiaków. To te właśnie grupy były postrzegane przez ówczesną władzę jako trzon nowego społeczeństwa, jako ludzie, na których barkach spoczywa pionierska misja.

Około 30% mieszkańców powojennego Archipelagu stanowiła ludność pochodząca z ziem wschodnich, które Polska utraciła na rzecz ZSRR (Wileńszczyzny, Grodzieńszczyzny, Polesia, Wołynia i Galicji). Krótko przed tym, jak nowi mieszkańcy przybyli na Archipelag, zostali oni zmuszeni do opuszczenia swych domów, które ich rodziny zamieszkiwały od wielu pokoleń. Osadnicy przybywali nie tylko niepewni swej przyszłości, ale również pełni rozpaczy po utraconej, małej ojczyźnie. Trauma przesiedlenia towarzyszyła im przez wiele lat. Z pewnością utrudniała ona adaptację w nowym środowisku oraz zaangażowanie się w budowę nowego świata.

Na Archipelagu nie brakowało również przybyszów z południa Polski. Dość liczną grupę stanowili rodacy powracający z przymusowych prac na terenie Niemiec, w których spędzili oni co najmniej kilka lat. Ten społeczny kolaż uzupełniali mieszkający już wcześniej na wyspach Polacy i osoby polskiego pochodzenia, a także Niemcy, którzy jeszcze nie wyjechali, oraz radzieccy żołnierze.

Osadnicy przywozili ze sobą własne doświadczenia, przekonania, obyczaje i tradycje. Różniły się one znacznie. Archipelag był więc pewnego rodzaju wieżą Babel, w której można było usłyszeć najróżniejsze języki i gwary oraz zobaczyć, jak różnią się od siebie poszczególne sposoby obchodzenia świąt, czy też po prostu nawyki życia codziennego.

Władze PRL starały się jak najbardziej ujednolicić styl życia mieszkańców Archipelagu namawiając osadników do porzucenia swoich dawnych obyczajów i gwar. Zgodnie z linią polityczną władz państwa na „Ziemiach Odzyskanych”, w tym również na Archipelagu, miało powstać nowe społeczeństwo polskie, funkcjonujące według narzuconych odgórnie norm.

Jak funkcjonowała ta mieszanka kulturowa? Ze wspomnień mieszkańców Archipelagu wynika, że całkiem nieźle. Oczywiście zdarzały się napięcia, kłótnie i spory, które przy różnych okazjach – szczególnie w trakcie sobotnich zabaw – przeradzały się w bójki. Jedna z mieszkanek Lubina (Pani Jadwiga) opowiadała nam, że jej rodzina oraz ich towarzysze zostali bardzo niemiło przyjęci, przez przybyłych tu wcześniej osadników ze wschodniej polski:

Pani M., co tu niedaleko mieszka, wtedy była panienką i wychodziła za mąż. Nasze chłopaki poszli na to wesele, żeby pośpiewać, żeby się pobawić. Wracają z  wesela i mówią, że oni nas tu nienawidzą. Powiedzieli im: „po co wyście tu, złodzieje, przyjechali?”. Mówili: „uciekać, bo przyjechaliście nas okraść!”.

Ile to trwało, za nim się wszyscy ze sobą ułożyli? – pytamy.

Tak ze dwa miesiące.

Można wysnuć wniosek, że konflikt ten wynikał nie tyle z różnic kulturowych, co z obawy o własny byt i dobra –ziemie, narzędzia, domy. Można zrozumieć obawy ludzi, którzy w tak trudnych i niepewnych czasach zdołali jakoś poukładać sobie życie, a przybycie nowych osadników kojarzyło im się z groźbą zburzenia tego porządku. Nie wiedzieli kim są nowo przybyłe osoby, po co przyjechały, jakie są ich zamiary. Również ci nowi osadnicy pełni byli niepokoju, martwiąc się, że w ich nowym domu nie będzie dla nich miejsca. Po jakimś czasie wszystko się jednak uspokoiło, zarówno jedni, jak i drudzy zrozumieli, że współpraca przyniesie największe korzyści dla wszystkich.

Różnorodność tego migracyjnego kolażu nie wynikała jedynie z pochodzenia regionalnego czy etnicznego. Co równie ciekawe, wśród osadników znajdowali się ludzie pochodzący z różnych sfer społecznych, zajmujący się bardzo różnymi profesjami. Wszyscy oni musieli radzić sobie w nowej rzeczywistości, w której dawne umiejętności i nawyki okazywały się często niezbyt przydatne. Sytuację tę znakomicie obrazuje historia rodzinna jednej z mieszkanek Lubina, Pani Wenaty:

Moja mama była aktorką teatru wileńskiego Lutnia, który do tej pory istnieje. Tatuś robił trzy lata studia prawnicze, ale tam mu nie wyszło. Przeszedł na konserwatorium muzyczne – śpiew. Pracował jako urzędnik państwowy w Dyrekcji Kolejowej, ale też śpiewał arie operowe. Nie był aktorem opery, ale czasem śpiewał tam arie.

Możemy wyobrazić sobie jak trudno ludziom przywykłym do życia w mieście, wywodzącym się ze środowiska artystycznego, było przystosować się do trudnych warunków życia na Archipelagu. Opowiadał nam o tym właśnie Pani Wenata:

Nie było pracy. Tu byli rybacy, głównie Niemcy i trzeba było na chleb zarobić. Rodzice mieli papiery, które świadczyły o tym, że mają doświadczenie w kierunku kulturalno-oświatowym i zaczęli tu mobilizować… Chociaż głód był, pieniędzy nie było, ale chociaż trochę śmiechu, trochę żartów… Zaczęli organizować taki objazdowy teatrzyk. Tu u nas na wsi, tam na wsi, Przytór, do Świnoujścia, Międzyzdroje. Jakiś grosz był… To żaden grosz, ale jakieś zajęcie było, ludzie się mobilizowali, zjednoczyli się. Aha, jeszcze mamusia zajmowała się malarstwem, skończyła konserwatorium muzyczne, a potem Akademię Sztuk Pięknych w Wilnie. Robiła różne obrazy i takie makatki, bieżniki, sprzedawała po wsi. I tak myśmy się utrzymywali.

Opowieść Pani Wenaty znakomicie pokazuje, jak bardzo ludzie potrafią przystosować się do istniejących warunków i jak zaskakujące bywają losy ludzkie:

W 1949 r. tu powstała spółdzielnia rybacka Certa. Mój maż wtedy pracował w spółdzielni rybackiej w Wolinie, a potem tu w Cercie został przewodniczącym. I tak przewodniczył osiemnaście lat. A  przed wojną mąż był trenerem tenisa ziemnego w Kaliszu, potem wyjechał na roboty przymusowe do Niemiec i tak trafił tutaj.

Aktorka wileńskiego teatru Lutnia, urzędnik śpiewający arie operowe, trener tenisa ziemnego… Wszyscy musieli nauczyć się żyć na nowo. Jedni, starali się wykorzystać swoje dawne umiejętności i doświadczenia, inni budowali swój świat zupełnie na nowo. Wszak ryby było w bród, a kortów tenisowych raczej brakowało.

Powrót do listy opowieści