Biuro rzeczy wysiedlonych

Przybywający na Archipelag osadnicy nie mieli ze sobą zbyt wiele. Pozostawione przez Niemców gospodarstwa były jednak skarbnicą przedmiotów potrzebnych do życia. W domach i piwnicach znajdowano pościel, zastawy kuchenne i sztućce, działające piece. W gospodarstwach często znajdowano nawet cały inwentarz – krowy, świnie, kury, a także przetwory żywnościowe. Rzeczy pozostawione przez wysiedlonych służyły polskim rodzinom przez długie lata.

Czytaj więcej…


Na co dzień nie zdajemy sobie sprawy, że brak kilku podstawowych rzeczy może bardzo utrudnić nam życie. Czy możecie wyobrazić sobie sytuację, w której wszystkie Wasze rzeczy – potrzebne zarówno do życia, jak i pracy – musicie spakować w kilka walizek, aby następnie przenieść się w zupełnie inną rzeczywistość? Właśnie z taką sytuacją spotkała się część osadników, którzy przybywali z różnych części Polski by zamieszkać na Archipelagu. Nie trudno się domyślić, że na początku brakowało im niemal wszystkiego. Rzeczy osobistych, mebli, pościeli, ubrań, butów, ale również przedmiotów potrzebnych do pracy: motyki, szpadla, grabi czy drabiny.

Sytuacja osadników była więc podwójnie trudna, nie tylko nie mieli oni swoich prywatnych rzeczy, ale nie mieli również przedmiotów potrzebnych im do wykonywania zawodu. A przeżycie w trudnych, powojennych warunkach bez pracy było praktycznie niemożliwe.

Obywatele Niemiec byli przesiedlani w podobny sposób jak nasi rodacy z tzw. „Kresów wschodnich”. Prawdopodobnie towarzyszyły im zbliżone emocje i uczucia. Oni również nie wiedzieli co ich czeka, gdzie przyjdzie im się osiedlić. Podobnie jak Polacy, nie mieli oni czasu na pakowanie dobytku. Zabierając około 20 kilogramów na plecy opuszczali swoje domy, w których pozostawiali dorobek całego życia.

W nowej, trudnej rzeczywistości, z którą spotkali się polscy osadnicy każdy przedmiot okazywał się być na wagę złota. W związku z trudnymi warunkami, nikogo nie dziwiły decyzję o przejmowaniu pozostawionych przez wcześniejszych mieszkańców rzeczy. Część osadników dotarła na Archipelag zimą. Bez puchowej kołdry, ciepłych ubrań pozostawionych przez Niemców ich losy mogłyby być tragiczne. Trafiając do gospodarstw, w których ślady obecności wcześniejszych mieszkańców były wszechobecne, Polacy tworzyli swoją rzeczywistość wykorzystując rzeczy wysiedlonych Niemców. Zagospodarowali nie tylko przedmioty codziennego użytku, ale również elementy potrzebne do pracy, takie jak sieci, narzędzia gospodarcze czy wozy. Przejmowali również zwierzęta, których Niemcy nie mogli ze sobą zabrać. Świadkowie tych wydarzeń opowiadali nam o tym jak wchodząc do nowego domu zastawali piece rozpalone przez wcześniejszych domowników. O takich sytuacjach opowiadał nam między innymi jeden z najstarszych mieszkańców Ładzina, Pan Marian:

Niektórzy to wchodzili, jakby świeczkę zapalił, to od razu był mógł mieszkać, zrobić strawę.

Pomimo trudnych warunków część nowo przybyłych mieszkańców z dystansem podchodziła do pozostawionej przez Niemców żywności. Jak wspomina jedna z mieszkanek Lubina, Pani Jadwiga:

W domach wszystko było, w piwnicach nawet jedzenie, kaczki zalane tłuszczem, konfitury, wino, ale my tego nie braliśmy, bo się baliśmy. Nikt nie mógł wiedzieć czy to nie zatrute.

Jednak nie wszyscy mieszkańcy wyrażali podobne obawy. Powszechny głód skłaniał część osób do jedzenia przetworów pozostawionych przez Niemców. O takiej sytuacji  opowiadała nam jedna z najstarszych mieszkanek Lubina, Pani Wenata:

Tu jak przyjechaliśmy w listopadzie to leżały jeszcze jabłka, to się tymi jabłkami żywiliśmy. Ewentualnie po piwnicach jak gdzieś były słoiki to jak się znalazło to jedliśmy. Jakiś węgorz w słoiku czy inna ryba albo owoc, a tak to ciężko było…

Powrót do listy opowieści